sobota, 17 października 2015

Rozdział XVI "Są osoby, które się pamięta, i osoby, o których się śni"

Rozdział dosyć specjalny, bo będzie on napisany oczami Draco, hihi

Draco's POV

    Szedłem korytarzem w samotności, abym nie musiał słuchać tej opryskliwej Parkinson i reszty Ślizgonów, którzy siedzieli w Pokoju i cały czas gadali, o jakiś bzdurach, które w tamtej chwili w ogóle mnie nie interesowały. Była chyba to jedyna chwila, gdzie mogłem spokojnie pomyśleć, bez tych wszystkich ludzi, którzy na co dzień nie odstępowali mi na krok, aby choć na chwilę móc czuć się zauważalnym. To już nawet mnie nie denerwowało tylko bawiło, bo oni gdy czegoś naprawdę chcą muszą to mieć i często wychodził z tego niezły ubaw. Towarzystwo u boku najmłodszego potomka Malfoyów jest pewnie bardzo fajne, prawda? Pff, brzmi to bardzo egoistycznie wobec mnie, no ale kto by się przejmował kimś takim jak ja skoro jestem człowiekiem, który ma wszystko. Kims kto nigdy nie ma problemów i nigdy nie jest smutny. Tylko... skąd oni mogą o tym wiedzieć? A jeśli jestem wrażliwy, nie umiem sobie poradzić w życiu i zamiast cieszyć się z tego co mam, boję się kolejnych dni, które mogą przynieść niespodziewane komplikacje? Co jeśli moja rodzina nie jest taka szlachetna jak się wszystkim innym zdaje? No własnie. Nikt nie powinien mnie oceniać po zachowaniu, chociaż... co normalny człowiek sobie może o mnie pomyśleć przed takie coś? Oczywiście, odpowiedz jest prosta - nic pozytywnego. Hmmm... a co jeśli ja nie miałem wyboru i byłem do tego wszystkiego brutalnie zmuszany? Co jeśli ja tego wszystkiego nie chciałem i nic nie mam do czarodziejów z jak to mówią "brudną krwią"? 


- Co ty tu robisz o tej porze? Nie powinieneś być w lochach? - zza rogu korytarza znikąd pojawił się Snape, jak zwykle w swojej czarnej, długiej szacie i tłustych włosach, które zawsze mnie obrzydzały.
- Jest południe, a po za tym spacer po korytarzach Hogwartu chyba nie jest jeszcze zabronione, co? - powiedziałem chłodno i już miałem odejść, gdy ten złapał mnie mocno za ramię i przyciągnął do ściany.
- Słuchaj - wycedził - Nie odzywaj się do mnie takim tonem, bo nawet gdy Czarny Pan kazał mi cię pilnować to nie zwalnia cię z obowiązku, grzecznego zachowania wobec mnie. Mimo, że jestem twoim opiekunem i trudno mi będzie odejmować punkty Slytherinowi, mogę to zrobić w każdej chwili i to tak, aby każdy Ślizgon cię znienawidził.
- Po pierwsze puść mnie, bo wygnieciesz mi koszule. A po drugie nie potrzebuje twojej łaski, więc proszę cie grzecznie, żebyś zszedł z mojej drogi. Twoje groźby na mnie nie działają.
- Czarny Pan dał tobie jak i mnie zadanie, więc mamy je wykonać bez żadnego piśnięcia razem, więc masz się mnie słuchać. Chyba nie chcesz, żeby był on zły, prawda Draco?
- Nie, Panie Profesorze - ostatnie słowa specjalnie wyakcentowałem tak aby wiedział, że to wszystko jest mi obojętne - Wiedz, że rezygnuję z tego zadania. Niech to zrobi ta cała Pansy, która aż paliła się do jego wykonania jeszcze bardziej niż ja.. Mi daj spokój, bo ja tej dziewczynie nic nigdy nie zrobię - powiedziałem i spojrzałem wyzywająco na Snape'a, który aż pobladł ze złości.
- Zostałeś wybrany, aby służyć Czarnemu Panu, więc nie ma takiej opcji, abyś miał decydować o tym, czy rezygnujesz czy nie. To On o tym decyduje, a... jeśli jeszcze raz taka sytuacja się powtórzy to pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś, zrozumiano? - niechętnie kiwnąłem głową, a on rozluźnił uścisk na mojej szacie i odszedł, zostawiając mnie samego na korytarzu. Znaczy... tylko tak myślałem. Tuż zza rogiem czaiła się dziewczyna, która jeszcze nie raz zwróci moją uwagę. W tamtej chwili stała przestraszona, a w jej głowie powoli układała się układanka, która niedawno jeszcze ciągle ją nawiedzała.

    Te wspomnienie co dzień mnie nawiedza, nie dając mi ani chwili spokoju. Ten krzyk, zielone światło i upadające głucho ciało na podłogę, jest chyba moim największym koszmarem, jaki kiedykolwiek miałem. Moja głowa nie chce uwolnić mnie od tego, a to mnie powoli wykańcza i mam co raz mniej siły na to wszystko. Jako mały chłopiec nigdy nie myślałem, że czeka na mnie tak szara i przerażająca przyszłość. Moim marzeniem była dobra praca w Ministerstwie i kochająca rodzina. Niech teraz ktoś mi powie co z tego mam? Nic. Moich rodziców obchodzi tylko po słuszność ode mnie, rodziny nigdy nie będę miał, bo kto normalny chciałby się związać z Śmierciożercą?
- Dracusiu, co ci jeeeest? - u mojego boku, znikąd pojawiła się Parkinson, która uwiesiła się na moim ramieniu jak jakaś lalka. Huh no może jedyna ona.
- Nic? - odpowiedziałem pytaniem i odsunąłem ją na bezpieczną odległość. Ta dziewczyna jest jakaś chora, w ogóle nie daje mi spokoju. Błagam, zabierzcie ją ode mnie - Eeee, Parkin... znaczy Pansy chyba Goyle chciał cię zaprosić na bal, więc idź do niego.
- Fuuuuj, Goyle? Nigdy nie poszłabym z nim na bal, a po za tym ja chcę pójść z tobą! - o nie, Parkinson za dużo chyba sobie wyobrażasz.
- To dosyć niezręczna sytuacja, ale niestety już mam z kim iść na bal... Sam ją zaprosiłem, więc wiesz. Znajdź sobie kogoś innego - skłamałem, a jej mina nagle zrzedła, ale tak, że myślałem, że wybuchnę zaraz ze śmiechu - Dobra, Parkinson. Koniec tej całej scenki, odczep się ode mnie i pogódź się z tym, że już nigdy nie będziemy razem. Było, minęło, trzeba żyć teraźniejszością. Już mnie w ogóle nie obchodzisz, więc z łaski swojej daj mi spokój, bo robisz się powoli męcząca i ciężko do strawienia.
- Ale... - nie dałem jej skończyć, bo sam zacząłem znowu mówić po krótkiej ciszy.
- A i jeśli jeszcze raz będziesz chciała coś zrobić Albie, gorzko pożałujesz. Nigdy nie zrobiłem krzywdy dziewczynie, no ale jak to mówią: zawsze jest ten pierwszy raz, dlatego lepiej uważaj. To zadanie od Czarnego Pana... Masz już wolną rękę, bo ja już w nim nie uczestniczę. 
- Nie możesz! - krzyknęła na cały głos, a jej oczy nagle pociemniały - Ty, ty, tyy! Nie wolno ci tego zrobić! Czarny Pan nie będzie zadowolony, on cię zabije!
- Słuchaj, to już nie jest twoja sprawa, czy mogę, czy nie mogę i czy mnie zabije. To moja decyzja i teraz nie zgrywaj osoby, która się kimś przejmuje. Zawsze byłaś tylko wpatrzona w siebie, a przy mnie trzymałaś się po to, aby być bardziej znaną w szkole, więc proszę cię teraz ładnie, abyś sobie poszła i nigdy więcej się do mnie nie odezwała, bo mam cię dość - powiedziałem swoim zimnym, a zarazem wrednym głosem i spojrzałem jej prosto w oczy, które ukazywały wtedy nienawiść.
- Jeszcze tego pożałujesz - wyszeptała roztrzęsiona i odepchnęła mnie, a następnie odeszła, zostawiając mnie całkowicie samego. Odetchnąłem zadowolony, że udało mi się ją tak szybko spławić i skierowałem się w stronę Wielkiej Sali, na świąteczny obiad.
Ta dziewczyna grała mi na nerwach. To właśnie przez nią Alba trafiła do skrzydła szpitalnego i musiała leżeć cała obandażowana przez parę dni. Gdy ją tam wtedy zobaczyłem w łazience, całą zakrwawioną i bladą myślałem, że nie wytrzymam. Tak bardzo chciałem tej Parkinson przemówić do rozumu za to, że jej to zrobiła. Co za różnica czy była pod Imperiusem, czy nie? Alba nie zasłużyła sobie na taki wyrok jaki zapadł pomiędzy Śmierciożercami tuż przed jej narodzinami. Ona ma dobre serce tak samo jak jej rodzice. Ach, rodzice? Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale moi rodzice znali ich bardzo dobrze i to chyba za dobrze... Ale to, to już jest całkiem inna historia, której nie będę na razie opowiadał. Ona pomogła mi kiedy miałem gorsze chwile, nie wyśmiewając mnie, czy drwiąc, tak jak ja jej to robiłem od początku roku.           Przed wejściem do Sali od razu usłyszałem szczęśliwe gwary rozmów. Nie miałem ochoty tam być i to jeszcze bardziej zniechęciło mnie do wejścia, ale gdybym tam nie był, Snape od razu przyczepiłby się do mnie, więc z wielkim grymasem na twarzy wkroczyłem do pomieszczenia. Oczywiście nie obyło się bez lekceważących spojrzeń skierowanych w moją stronę, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, więc jak to robiłem na co dzień - spojrzałem na nich "wyniośle" i przewróciłem oczami, a następnie udałem się do stołu Ślizgonów, nie zaszczycając już nikogo więcej moją uwagą. No może... Oprócz stołu Gryfonów, aby jej odszukać, tylko... dlaczego? Sam wtedy nie wiedziałem i gdy zobaczyłem, że jej jeszcze tam nie ma odczułem lekki niepokój. Od pewnego czasu cały czas o niej myślę i gdy ją widzę, nie mogę od niej oderwać wzroku. Co się ze mną dzieje? - pomyślałem, gdy zasiadłem do stołu, całkowicie ignorując Notta i innych - Nigdy nie odczuwałem takiego uczucia jak teraz. Czy to możliwe, że taka osoba jak ja mogła się zakochać?
Całkowicie oddałem się myślą, dopóki drzwi od Wielkiej Sali gwałtownie się nie otworzyły, a z nich wybiegła dziewczyna o blond włosach, którą na pierwszy rzut oka nie mogłem poznać. Gdy tylko przyjrzałem jej się intensywniej zamarłem, zdając sobie sprawę, że była to osoba, która nie była mi w tamtej chwili obojętna. Nawet z odległości stołu Ślizgonów do stołu Gryfonów było widać, że po jej policzkach spływały łzy, więc gdy tylko to zobaczyłem, wstałem gwałtownie, a wszystkie par oczu z Sali powędrowały w moją stronę. Po krótkiej, niezręcznej chwili usiadłem, przy okazji prawdopodobnie się rumieniąc i obserwowałem jak Alba wpada w ramiona Pottera. Zazdrość - nigdy jej nie czułem, a w tamtej chwili myślałem, że najnormalniej w świecie wybuchnę. Kiedy się do niego przytulia, a on ją objął ramionami, byłem na pewno cały czerwony. Co się ze mną dzieje? - pomyślałem gorączkowo i dalej obserwowałem sytuacje, która się wtedy działa. Potter spojrzał na nią czule i wyszedł z Sali, prowadząc przy tym Albe za rękę, więc gdy tylko zniknęli za drzwiami, zerwałem się z miejscach i olewając zdziwione pomruki innych ruszyłem w stronę wyjścia. 
- Spokojnie, Al. Co się dzieje? - gdy tylko ich dogoniłem, stanąłem za ścianą i lekko uchyliłem głowę, tak aby móc wszystko widzieć i słyszeć. 
- Harry, ja już wszystko wiem - powiedziała lekko drżącym głosem - To o mnie chodzi w tych wszystkich snach i wizjach. To mnie potrzebuje Voldemort, to ja jestem jego celem. Harry, ja...
- Skąd wiesz?
- Ja słyszałam, jak... - zdenerwowana zasłoniła sobie twarz rękoma i minęło dopiero chyba z parę minut, kiedy zdołała dokończyć  - jak Dra... Malfoy i Snape rozmawiali o mnie.
- Alba... Na razie nie masz co się martwić. Dopóki Dumbledore jest dyrektorem szkoły, jesteś całkowicie bezpieczna. Śmierciożercy nie ośmieliliby się zaatakować wtedy kiedy jest on w Hogwarcie, wiec nie stresuj się tym. A powiesz mi co mówił Malfoy? - na dźwięk mojego nazwiska wzdrygnąłem się lekko, co niestety, ale było wielkim błędem. Za mną stała zbroja, która przewróciła się gdy tylko machnąłem ręką, a ja sam wybiegłem przestraszony na środek korytarza, gdzie stał Potter i Alba.
- Malfoy - jako pierwszy odezwał się bliznowaty, który od razu zadziałał mi mocno na nerwy - Czego ty tutaj chcesz?
- Na pewno nic co jest związane z tobą - powiedziałem i zmierzyłem go lekceważącym wzrokiem od góry do dołu, a następnie spojrzałem na Albe, tak aby ten drugi nie zorientował się jak ja się nią przejmuję. Ta nic nie powiedziała tylko wbiła wzrok w podłogę, co - przyznam - bardzo mnie zawiodło, ale za nic w świecie nie dawałem tego po sobie poznać.
- Skoro mówisz, że nic, to może byś już sobie poszedł, bo na sam twój widok robi mi się niedobrze.
- Ohoho, Potter w końcu nauczyłeś się jakiejś cienkiej riposty. Można ci serdecznie pogratulować, twoi rodzice na pewno są z ciebie dumni. A przepraszam, ty nie masz rodziców. Ups, zapomniałem - wiem, to nie było z mojej strony uczciwe, ale co ja poradzę, że on tak na mnie działał - Hmy, to ja może zostanę, skoro mówisz, że ci niedobrze na mój widok, co? Chętnie zobaczę jak Stewney ucieka od ciebie na widok nietypowej kałuży, która nie będzie zbyt przyjemna - skończyłem i uśmiechnąłem się do niego złośliwie, przygotowany na obronę od strony Stewney. Spojrzałem na nią i mój uśmiech automatycznie zniknął z twarzy. Nie zrobiła tego. Stała prosto, nie patrząc już na podłogę, a wzrok, który był skierowany do mnie nie wyrażał nienawiści i złości, tylko...
                                                            smutek.



Witam was, drodzy czytelnicy! *jak to poważnie zabrzmiało*
Dodaję po paru dniach kolejny rozdział, który miał być o wiele, wiele dłuższy, ale jak to ja udało mi się tylko napisać tyle. Jest jaki jest, tyłka chyba nie urywa, taki znikąd wzięty, co mnie najbardziej martwi. Postanowiłam napisać ten oczami Draco, aby urozmaicić trochę czytanie, ale nie wiem czy pisanie w rodzaju męskim dobrze mi wychodzi. Jeśli byłby jakieś błędy typu: zamiast robiłem jest robiłam, to z góry przepraszam, ale najprawdopodobniej przeoczyłam ten błąd kiedy ustalałam ostateczne poprawki. No i tak jak zwykle przypominam, że teksty napisane kursywą są przemyśleniami bohaterajeśli chcesz skomentować rozdział musisz kliknąć "czytaj więcej" i to chyba tyle. Miałam pewnie jeszcze o czymś napisać, ale pewnie o tym zapomniałam, więc już nie będę nad tym główkować, bo za późno jest. 

P.S zauważyłam, że najgorzej w rozdziałach wychodzą mi końcówki, bo zawsze muszę poprawiać je z tysiąc razy, bo mi ciągle coś nie pasuje.

*jeśli już to czytasz, to później skomentuj go, okej? to nie takie trudne, a mi daje dużą motywacje do dalszego pisania*
Prześlij komentarz
Theme by Mia LOG