niedziela, 20 września 2015

Rozdział XIV "Ci, którzy nie mają marzeń umrą z zimna"

Dedykowany osobie, dzięki której co rozdział dostaje co raz większej motywacji do dalszego działania - Alicji Wieczorkiewicz :)

   W Boże Narodzenie każdy poranek jest piękny, prawda? Śliczne zaspy utworzone z białego puchu, które zachęcają do bitwy na śnieżki albo ulepienia bałwana, który nigdy nie jest idealny, dają ten niesamowity świąteczny nastrój, na który czekałam od początku roku. Apetyczne zapachy, które kuszą większość ludzi przed kolacją wigilijną i zachęcają do skosztowania dań tuż przed pierwszą gwiazdką, stosik prezentów, od których nie możesz oderwać wzroku, bo jesteś ciekawy jakie tajemnicze przedmioty skrywają, to nieziemskie uczucie. A teraz powiem szczerze, że nigdy nie doświadczyłam tak idealnych świąt ze względu na sierociniec, w którym nie było tak pięknie jak w normalnym, rodzinnym domu, gdzie wszystko aż kwitnie od tak dużego szczęścia członków rodziny. Co Boże Narodzenie dostawaliśmy jakieś skromne upominki, a kolacja tak naprawdę nie przypominała wigilijnej kolacji. Dostawaliśmy tylko po jednym posiłku, które spożywaliśmy w małej sali, gdzie mieściło się o wiele mniej osób, niż jest w sierocińcu, więc zawsze było tam ciasno, co na pewno nie dawało takiego niesamowitego nastroju, jak moje wymarzone święta. Powiem szczerze, że nawet wtedy przyzwyczaiłam się do tego, chociaż zawsze gdzieś głęboko we mnie siedział ten smutek i tęsknota, które nie były może widoczne, ale czułam, że tam są, więc to ukrywałam. Dlatego własnie kiedy dostałam się do Hogwartu miałam tą cichą nadzieję, że tym razem święta Bożego Narodzenia będą inne, a w znaczeniu inne chodziło mi o to, że tym razem zapadną mi one głęboko we wspomnieniach - nie szare i ponure - tylko szczęśliwe i wesołe bez żadnych zmartwień, czy smutku. I własnie teraz mogę powiedzieć to głośno: nie myliłam się. Wigilia w Hogwarcie była najlepszą rzeczą jaka kiedykolwiek mnie spotkała, więc jeśli pozwolicie to opowiem wam wszystko od początku tak abyście mogli przeżyć to razem ze mną.

   Obudziłam się dosyć późno, bo gdy odruchowo spojrzałam na zegarek, tuż po otworzeniu oczu, wskazywała godzina dziewiąta, co oznaczało, że jestem już grubo spóźniona na śniadanie, więc jak torpeda wyskoczyłam z łóżka i ubrałam szkolny mundurek. Zrobiłam byle jakiego kucyka, a następnie wybiegłam z pokoju i skierowałam się do Wielkiej Sali, gdzie już dawno pojawił się gwar rozmów. Biegłam po pustych korytarzach, nie spotykając nikogo i gdy byłam już przed wejściem do sali, stanęłam jak wryta. Nie przypominała ona codziennego wystroju - tuż przy stole nauczycielskim stała ogromna choinka, ozdobiona najróżniejszymi, kolorowymi ozdobami, nad stołami wisiały czerwono-zielone wstążki, a na stołach stały wysokie świece i stroiki. 
- Jak pięknie - szepnęłam zachwycona.
- Tak samo jak ty - odezwał się głos za moimi plecami, który niestety, ale wydawał się mi znajomy. Odwróciłam się powoli i przed moimi oczami ukazał  się sam Draco Malfoy, który w tamtej chwili uśmiechał się do mnie złośliwie.
- Widzę, że chyba trochę zaspałaś, Stewney. Ja jednak wolałbym, żebyś przed wyjściem zawsze spojrzała na siebie przed lustrem, bo gdyby Parkinson cie teraz zobaczyła to na pewno nie dałaby ci spokoju przynajmniej przez miesiąc - powiedział spokojnie, ale widać było, że ta sytuacja bardzo go bawi.
- Ale co ci nie pasuje w moim wyglądzie? - chłopak spojrzał na mnie łaskawie, a następnie wskazał palcem na moje buty, a raczej skarpetki (bo gdy zerknęłam na nie to okazało się, że w ogóle ich nie mam), które były rożnego koloru. O boże... - pomyślałam i klepnęłam się mocno w czoło.
- Oj Stewney, co ty byś beze mnie zrobiła - mruknął pod nosem i wyjął różdżkę, a ja zbita z tropu cofnęłam się o krok - Oj nie bądź głupia. Jakbym chciał cię zabić to zrobiłbym to w jakimś mniej widocznym miejscu - machnął różdżką i natychmiast na moich nogach pojawiły czarne i dość ładne buty. - Nie musisz dziękować - powiedział i odszedł do stołu Ślizgonów, zostawiając mnie samą z mieszanymi uczuciami. Co to miało w ogóle znaczyć? Malfoy własnie mi pomógł i do tego jeszcze się uśmiechnął. Co on chory jakiś jest, czy może Imperio ktoś na niego rzucił? Nie wiem naprawdę co mam o tym myśleć. Jeszcze parę miesięcy temu gdyby ktoś mi powiedział, że on kiedyś będzie dla mnie miły to bym tą osobę najnormalniej w świecie wyśmiała - pomyślałam i po chwili ruszyłam do stołu Gryfonów, z zamiarem zjedzenia porządnego śniadania.
Gdy tylko siadłam do stołu, zostałam zasypana najróżniejszymi pytaniami od strony mojego przyjaciela.
- Co on od ciebie chciał?
- No nic, Harry...
- No, ale skoro rozmawiał z tobą to znaczy, że coś chciał. Mówiłem, żebyś trzymała się od niego z daleka - przypomniał mi i odwrócił wzrok, aby ukryć złość.
- Wyluzuj. Po prostu na niego wpadłam i jak zwykle powiedział coś złośliwego, a potem sobie poszedł. Nic wielkiego Harry, więc proszę nie obrażaj się - powiedziałam i przytuliłam chłopaka, aby poprawić mu humor. Ten mruknął tylko coś niezrozumiałego i wziął się za jedzenie, a ja po chwili ruszyłam w jego ślady, skupiając się jedynie na posiłku.

   Po zjedzeniu śniadania razem z Harrym postanowiliśmy, że pójdziemy na dwór, przejść się na mały spacer, więc gdy tylko ostatnie okruszki zniknęły z naszych talerzy, razem z nim wyszłam na świeże powietrze od razu kierując się w stronę chatki Hagrida. 
- Miałem spytać się ciebie tego wcześniej, ale jakoś nie było okazji. Alba.. czy... może... - zawahał się - chciałabyś pójść ze mną na bal?
Wow, no zaskoczył mnie naprawdę. Od momentu kiedy ogłosili bal nie sądziłam, że Harry mógłby się mnie spytać, czy z nim pójdę. Teraz... tak jak sobie myślę to wtedy gdy tak zdałam sobie sprawę to naprawdę cieszyłam się, że to własnie on mi to zaproponował, bo nie wyobrażałabym sobie kogoś innego  na jego miejscu. 
- Jasne! Z chęcią - oznajmiłam i uśmiechnęłam się do niego szeroko, a on zrobił coś nieoczekiwanego. Wykorzystał moją chwilę nieuwagi i rzucił mi uklepaną śnieżką w twarz tak, że po sekundzie cała moja twarz była zmarznięta i obolała.
- Harry! - krzyknęłam i sama sięgnęłam po śnieżkę, w celu rzucenia nią w chłopaka. Wzięłam ją w dłonie i ulepiłam z niej kulkę, a następnie wycelowałam ją w mojego przyjaciela, który zaczął biegać jak opętany, aby uniknąć zderzenia. Śmialiśmy się z tego w niebo głosy, gdy nagle usłyszeliśmy głośny krzyk, który przeszywał całe błonia zamku, a dobiegał on najbardziej od południowej strony Hogwartu, więc bez zastanowienia pobiegliśmy w tamtą stronę, przerażeni, a zarazem też zaciekawieni co się stało. Przy drugim wejściu do szkoły zauważyłam dwie postacie, z których jedna leżała nieruchomo, a druga nad nią klęczała, dlatego jeszcze bardziej przyspieszyłam i już po minucie byłam na miejscu. To co tam zobaczyłam chyba nigdy nie zniknie z mojej pamięci. Na ziemi leżała nieżywa Lavender Brown, która prawdopodobnie została potraktowana zaklęciem uśmiercającym, którego nazwy nie mam nawet odwagi wypowiedzieć. 
- Co się stało?! - krzyknął Harry, który tuż za mną dobiegł do miejsca zdarzenia.
- N-n-nie wiem...! Ona tu już leżała kiedy ją z-z-znalazłam! - co słowo z gardła Padmy Patil wyrywały się co raz większe szlochy, a ona sama pochylała się nad ciałem swojej już nieżyjącej przyjaciółki i mocno ją przytulała.
- Harry, biegnij po pomoc! - powiedziałam rozdygotana i sama siadłam na ziemi, patrząc pustym wzrokiem na dziewczynę, która jeszcze niedawno uśmiechała się gdy szła korytarzem i śmiała się, gdy ktoś powiedział jakiś dowcip. Przerażające jest też to, że wystarczy jedna, jedyna chwila, aby człowiek zniknął z tego świata na dobre. Huh, można to określić jak zapaloną świeczkę, która ma płomień, ale gdy zdmuchniesz automatycznie znika, nie zostawiając za sobą żadnego śladu, oprócz ciemności.
Nie wiem, czy czekanie na pomoc trwało dziesięć minut, czy pół godziny. Po prostu siedziałam i patrzyłam na tą scenę tak jakbym była widownią, a to wszystko to tylko głupi film, który nie ma jakiegokolwiek znaczenia w prawdziwym świecie. Szkoda tylko, że to działo się naprawdę i nie było to żadną fikcją. Ta dziewczyna nie żyła, bo ktoś ją zabił z niewiadomej przyczyny, chociaż niczym nie zawiniła, dlatego obiecałam sobie wtedy, że gdy poznam osobę, która to zrobiła to nie będzie mogła ona ujść z życiem, bo ktoś taki na świecie nie powinien żyć.
- O mój boże - reakcja Profesor McGonagall była w ogóle niepotrzebna, bo dolewała tylko oliwy do ognia - Co się stało? 
- Nie wiem Pani Profesor - odezwałam się jako pierwsza i dopiero wtedy zauważyłam, że mój głos drży - Razem z Harrym usłyszeliśmy krzyki, więc pobiegliśmy w miejsce gdzie one dochodziły i zauważyliśmy je, dlatego Harry pobiegł po pomoc.
- Dobrze, więc Pan Potter niech pobiegnie do Profesora Dumbledora i powie mu, że trzeba wznieść nowe ochrony nad Hogwartem - powiedziała i przerażona spojrzała na ciało Lavender - Nie wiedziałam, że dożyje czasów, kiedy nie będzie tutaj bezpiecznie... Yyyy... Panie Potter niech pan też powie Profesorowi Dumbledorowi, że trzeba będzie poinformować rodziców Lavender, że ich córka... Sam Pan wie... nieżyje... - dokończyła i po raz drugi spojrzała z troską na dziewczynę, która już więcej nie miała spojrzeć na świat.



Dodaję rozdział, bez żadnych długich moich monologów. Mam nadzieję, że wam się podoba i pamiętajcie jedną, ważną zasadę: CZYTASZ -> KOMENTUJESZ!
Naprawdę dla ciebie to nic, a dla mnie kolejny krok do dużej motywacji, dzięki której piszę te rozdziały! 
p.s przy okazji możesz wyrazić swoją opinię na temat mojego pisania w koemnarzach, więc wiesz... :)


***
Prześlij komentarz
Theme by Mia LOG