sobota, 30 lipca 2016

Rozdział XVIII "I'm afraid of the fact that I'm afraid of nothing"

   Czas leciał szybko, nieubłaganie przypominając o końcowych egzaminach, które nie zapowiadały się łatwo. Siedziałam samotnie w bibliotece, aby choć odrobinę odciąć się od całego świata. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że od pewnego czasu nie działo się nic dziwnego, ani niepokojącego, dlatego całkowicie zapomniałam o niebezpieczeństwie, które cały czas wisiało nade mną w powietrzu. Jednym słowem można powiedzieć, że żyłam pełnią szczęścia. Może to wydawać się absurdalne, ale tak właśnie było.
- Cały czas tu siedzisz, Alba. Nie powinnaś choć raz dać sobie spokój z nauką? Czasami już przypominasz Hermionę, co raczej nie jest dobrym znakiem - no tak Harry. Od pewnego czasu w ogóle się z nim nie widziałam, pochłonięta nauką. Może on rzeczywiście miał rację?
- To chyba jedyne ostatnio, spokojne miejsce, nie uważasz? - spojrzałam mu prosto w oczy, a on speszony kiwnął lekko głową i odwrócił szybko wzrok. - Co u Rona?
Nie chciałam, aby zapadła ta głupia i krępująca cisza, więc postanowiłam podtrzymać rozmowę. Trzymałam go jednak na dystans, bo czułam, że nie jest tą samą osobą, z którą mogłam beztrosko żartować w każdej wolnej chwili, nawet wtedy kiedy nie wypadało. Niby drobnostka, ale dużo to dla mnie znaczyło. Zresztą... gdy teraz to wspominam to teraz też.
- Jakoś podejrzanie mocno przeżył śmierć Lavender i do teraz nawet w pewnych momentach wydaje się, że myślami nadal jest przy niej - westchnął głośno, a następnie usiadł obok mnie - Czasami jest tym samym Ronem co zawsze, ale niekiedy staje się nie do zniesienia ze swoimi wahaniami nastroju. Ciężko to wytrzymać.
- W sumie to mu się nie dziwię. Była naprawdę miłą dziewczyną i nadal nie mogę uwierzyć, że akurat ją to spotkało - zawahałam się, lecz po chwili dodałam - Chyba powinnam już iść, bo jest dość późno, a jutro są Eliksiry.
Zerwał się z miejsca jako pierwszy i stanął naprzeciwko mnie, podając mi rękę. Udałam, że jej nie zauważyłam i sama wstałam, cicho chrząkając.
- To do jutra - powiedziałam i nie czekając na odpowiedź wyszłam szybkim krokiem na ciemny korytarz. Czułam, że to co robię jest złe. Naprawdę. Tylko... Przez to wszystko co się wydarzyło w Hogwarcie nie chciałam narażać nikogo więcej na o wiele większe niebezpieczeństwo, dlatego uznałam, że powinnam się od wszystkich oddalić, zważając na to kim jestem i kogo jestem celem. To wszystko tak bardzo się skomplikowało, że aż trudno mi teraz uwierzyć i to w dosłownym znaczeniu.

// Parę godzin później //

   Zerwałam się z łóżka, ciężko oddychając. Jak w ogóle mogłam dopuścić do tego, że śnił mi się już nawet Voldemort, nie wspominając o Malfoyu, który gościł w mojej głowie podczas snów od dłuższego czasu. Czy to już była jakaś obsesja? Prawdopodobnie, ale nie chciałam sobie tego uświadomić. Żyłam fałszywym poczuciem, że nie jest aż tak źle jak na to wygląda, chociaż nie była to prawda. W głębi duszy, gdzieś daleko od mojego rozsądku wiedziałam, że przez moje pojawienie się w tym świecie wszystko potoczyło się inaczej niż pierwsza, zakładana od początku historia. Czułam się z tym źle, ale co mogłam w tamtej chwili zrobić? To raczej nie ode mnie zależało, że się tu pojawiłam - to ktoś zadecydował o losie mojego życia, nie pytając mnie o zdanie. Cóż ja teraz mogę powiedzieć, ludzie niestety nie umieją myśleć o kimś innym, dbają tylko o siebie, nie widząc, że przez swoje czyny inna osoba cierpi. Oczywiście jedynym pytaniem, które pozostało to dzięki komu wylądowałam tu gdzie byłam i w sumie nadal jestem. Żadna osoba w moim życiu nie wyjawiła mi tak tajemniczego i bardzo magicznego sekretu, który do teraz jest dla mnie bardzo ważny. Miałam nadzieję, aż do końca - że może jednak ktoś przyjdzie któregoś dnia i tak po prostu oznajmi, że to dzięki niemu tu trafiłam. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że ta osoba zostanie anonimowa i nigdy nie dowiem się dlaczego. Tyle pytań, a tak mało porządnych odpowiedzi. Uwielbiam być w takiej sytuacji, naprawdę. Ej, ale czujecie ten sarkazm co nie? 

- Alba co się stało? - usłyszałam cichy głos dobiegający z końca mojego łóżka. No tak, Hermiona. Nie odzywałam się do mnie od paru tygodni, a teraz nagle przypomniała sobie o mnie? Chociaż... Nie powinnam tak mówić. Nie bez powodu przestała ze mną rozmawiać - Krzyczałaś przez sen i myślałam, że stało się coś poważnego.
Nie. To naprawdę cud, że się do mnie odezwała, dlatego nie mogłam tak myśleć, a po za tym byłam zbyt skołowana tym snem, żeby móc jeszcze się kłócić. 
- Voldemort - jedynie to jedno, przerażające słowo udało mi się z siebie wydusić.
- Słucham? - Hermiona zająkała się i widząc, że nie ma ze mną żadnego kontaktu podeszła do mnie i lekko mną potrząsnęła, aby nawiązać jakiś kontakt - Co się dzieje? Alba, odpowiedz mi!
- Voldemort, chce dostać się do Hogwartu.
- Jak to chce się dostać do Hogwartu? - powtórzyła głupio, jakby nie docierało do niej co przed chwilą usłyszała. Gdy nadal milczałam, nagle trzeźwo oprzytomniała i po sekundzie oznajmiła nerwowym tonem - Alba, idziemy do profesora Dumbledore'a, nie możemy czekać. On w każdej chwili może się tu pojawić, a wtedy już wszyscy są w niebezpieczeństwie.
- Hermiona...
- Alba, nie możemy czekać! - przerwała mi i złapała mnie za rękę, żebym wstała z łóżka.
- Hermiona już jest za późno, on jest w Hogwarcie - patrzyłam pustym wzrokiem na szafę, która w tamtej chwili wydawała mi się ciekawym obiektem do patrzenia. Nie mogłam uwierzyć, że to się działo naprawdę. Przecież to niemożliwe, żeby on przedostał się przez bariery ochronne Hogwartu. Jak on to zrobił?
- Alba, a może to po prostu sen? - oznajmiła cicho, jednak w jej głosie było czuć wahanie - Może to tylko twoja wyobraźnia? Dużo miałaś takich snów i wszystkie były nieprawdziwe!
- To nie był zwykły sen. Ja widziałam wszystko jego oczami. Hermiona - zwróciłam się do mojej przestraszonej przyjaciółki - Musisz się schować. Tylko w taki sposób będziesz bezpieczna.
- Ale...
- Proszę cię, ja wiem czego on szuka. Powstrzymam go, zaufaj mi - sama nie wiedziałam co ja wtedy mówiłam. Po wpływem emocji udało mi się szybko przebrać w ubrania, które leżały w kącie pokoju, a następnie znów podeszłam do Hermiony i usiadłam obok niej - Wszystko będzie dobrze, rozumiesz? 
Pokiwała lekko głową, a następnie wtuliła się we mnie. Czułam, że zaczynają piec mnie oczy, dlatego zamknęłam oczy, powstrzymując łzy. Nie mogłam płakać. To by całkiem pogorszyło sytuację. Po paru minutach takiego siedzenia odsunęłam się od niej i popatrzyłam na nią.
- Nie możesz nikomu powiedzieć, że on tu jest - spojrzała na mnie jak na głupią, a ja lekko się uśmiechnęłam. Wiem to było absurdalne w tamtym momencie, ale od razu przypomniały mi się wszystkie sytuacje, kiedy patrzyła na mnie takim wzrokiem. Nawet jak się kłóciłyśmy to zawsze była moją najlepszą przyjaciółką - Nie narażaj nikogo na niebezpieczeństwo, zwłaszcza Harrego. Wiesz, że jest na celowniku Voldemorta - niepewnie kiwnęła twierdząco, a ja wstałam i bez pożegnania wyszłam z różdżką w ręku do Pokoju Wspólnego. Na sekundę zatrzymałam się w nim i rozejrzałam się, wspominając czas, który tam spędziłam. Wszystkie wieczory, spędzone na nauce i długich rozmowach z Harrym zawsze zapadną mi głęboko w pamięć nawet jeśli to będzie koniec. To były najpiękniejsze chwile w moim życiu. Ruszyłam dalej, z wielką motywacją. Tak, trochę się bałam. Byłam świadoma tego, że może to być mój koniec, ale nie skupiałam się tym zbytnio podczas drogi, prowadzącej do tak dobrze znanego mi miejsca. Rozmyślałam jedynie nad taktyką, której mogę użyć gdy rzeczywiście spotkam się z Voldemortem twarzą w twarz. Już miałam w głowie pewien pomysł, gdy rozsądek opanował całe moje myślenie. Czarny Pan nie bawi się w taktykę. To co zaplanuje, zawsze wypełnia, nie bawiąc się w żadne gierki. Jedyna przewaga z jego strony to było właśnie to. Tak naprawdę, to nie wiedziałam po co tam idę. Po prostu... Czułam, że muszę tam pójść, bo jak tego nie zrobię i się wycofam to stanie się coś strasznego. Nie chciałam dopuścić do kolejnej tragedii, dlatego gdy dotarłam do tak bardzo znanych mi drzwi nie zawahałam się ani przez chwilę. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam powoli drzwi, stając twarzą w twarz z kimś kto do teraz śni mi się w koszmarach.
- Wiedziałem, że przyjedziesz - powiedział to zdanie swoim zimnym i ostrym głosem, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, którego nie zapomnę do końca życia. 


Tak żyję. Jeśli dobrze liczyłam nie było mnie tu ponad 8 miesięcy. W ogóle nie planowałam powrotu do pisania tego ff, ale dzisiaj coś we mnie się odezwało i musiałam dokończyć nieskończony rozdział, który kiedyś zostawiłam. Mój styl pisania się zmienił przez ten czas nieobecności - sama nie wiem czy na negatywny czy pozytywny. Jeden raz próbowałam wcześniej wrócić tu, ale ciężko mi było pisać, a teraz normalnie taki spontan, że się strasznie dziwie, że udało mi się go napisać. Bardzo mi się on podoba, zważając też na to, że to przedostatni. Postanowiłam, że skończę tą historią, pisząc tylko jeszcze dwa rozdziały, bo nie ma sensu przeciągania tego ff. Prawdopodobnie potem zacznę coś nowego, ale na pewno nie będzie to pisanie na blogspocie. Może wattpad, ale jeszcze dokładnie się zastanowię. No to co? Do zobaczenia w ostatnim rozdziale. PS Nie wiem czemu, ale przy piosenkach Lany Del Rey pisze mi się o wiele lepiej. Aw. 

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział XVII "Myślę, więc jestem"

- Masz coś jeszcze do powiedzenia, Malfoy? - Harry stanął naprzeciwko niego, a ja nie robiłam nic, już całkowicie nie mając siły na jakiekolwiek głupie odzywki.
- Lepiej uważaj na to, co mówisz Potter - wycedził, poprawiając ze złością swoje włosy, które były w tamtej chwili kompletnie rozczochrane - Pamiętaj, że mój ojciec pracuje w Ministerstwie, co może ci trochę zagrozić w twoim urozmaiconym - tu prychnął pogardliwie - życiu.
- Ty tu lepiej nie podskakuj, co? Wszyscy wiedzą już, że jesteś śmierciożercą, więc to raczej ty powinieneś uważać na siebie, aby nic przez przypadek mi się nie wymsknęło z ust, tworząc kolejny problem Profesorowi Dumbledorowi.
Pierwsze co przyszło mi do głowy to zabicie Harrego. Wszystko co zaplanowałam nagle runęło przez niego, tworząc przy tym jeszcze większy problem. Malfoy zbladł aż tak bardzo, że można by było go porównać do kredy - jedyny szczegół jaki został mi w pamięci to ta jego twarz, która wyrażała wtedy strach jak i... zawód?
- I co kopara opadła, nie? Zjeżdżaj stąd i nie pokazuj mi się więcej na oczy, bo może się stać jakiś nieszczęśliwy wypadek - odparł usatysfakcjonowany i ostatni raz spojrzał na Dracona, który po chwili postanowił odejść. Przechodząc obok mnie stanął lekko przede mną i już otwierał usta, aby coś powiedzieć, lecz po chwili rozmyślił się i nie patrząc się już w naszą stronę odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem i po sekundzie, gdy już zniknął za korytarzem, spojrzałam groźnym wzrokiem na Harrego, który w tamtej chwili stał i jeszcze do tamtej chwili nie umiał się opanować, dlatego dygotał ze złości.
- Myślałem, że nie wytrzymam. Gdy go zobaczyłem najnormalniej w świecie myślałem, że go zabije na miejscu za to, że miał jeszcze czelność podsłuchiwać, chociaż i tak ma duże problemy. Zmieniłem zdanie Alba, trzeba komuś powiedzieć o tym wszystkim, bo teraz każda minuta się liczy.
- Zwariowałeś? - syknęłam cicho, niepewna czy przypadkiem Malfoy nie stoi nadal za korytarzem i nie podsłuchuje - Teraz on już wie, że ci powiedziałam o tym wszystkim, dlatego na pewno będzie teraz ostrożniejszy, co nie będzie nam ułatwiało sprawy. Nie możemy teraz iść do Dumbledora - sama nie wiedziałam co mówię, bo wtedy obchodziło mnie całkowicie coś innego. Byłam w strasznym niebezpieczeństwie, byłam głównym celem Śmierciożerców, a Malfoy miał im pomóc, ułatwiając im tą misje co było przerażające. Sam fakt, że już po małym kroku zaczęłam ufać chłopakowi, który nigdy się nie zmienił, choć co raz częściej wmawiałam sobie, że jest inaczej, jest straszny, bo tak naprawdę to on miał spowodować, abym wpadła w ręce Voldemorta. Ja za to - osoba, która myśli, że ludzie mogą się zmienić powoli zaczęła zmieniać o nim zdanie. I to właśnie był wielki błąd.
- Alba zrozum, że sytuacja, w której jesteś, nie jest za wesoła i od razu powinniśmy teraz iść do Dumbledora, aby mu o tym wszystkim powiedzieć. Zapewniłby ci dodatkową ochronę, bo nigdy nie wiadomo kiedy oni mogą zaatakować - no tak, przecież to "słynny" Harry Potter, który zawsze ma coś do powiedzenia. Przewróciłam oczami, a ten niezrażony kontynuował dalej swój monolog - Musimy teraz jeszcze bardziej pilnować Malfoya, bo coś czuje, że gdy już on wie, może zacząć być co raz bardziej dyskretny.
- Harry, uspokój się proszę - przerwałam mojemu przyjacielowi, bo to jego gadanie już zaczęło mnie powoli denerwować - Wiem co mi grozi, ale jak na razie jestem w Hogwarcie, a Hogwart jest chyba najbezpieczniejszym miejscem na świecie, więc nie ma co się martwić na zapas. Voldemort boi się Dumbledora i nie zaatakuje, dopóki on jest żywy, dlatego ogarnij się, bo powoli dostajesz jakiejś obsesji. Sama mam wrażenie, że to ty bardziej boisz się niż ja - ostatnie zdanie powiedziałam tak cicho, że chłopak raczej nie mógł tego usłyszeć.
- Dobra, wiesz co? Rób co chcesz, ale pamiętaj, że ja cię ostrzegałem - oznajmił, nieco obrażony - Idę do Wielkiej Sali, coś zjeść, a ty jak chcesz wracaj do Wieży. Do zobaczenia wieczorem.
Odszedł, zostawiając mnie samą na korytarzu. Sama już nie wiedziałam co zrobić, myśli przelatywały mi przez głowę z prędkością światła, a przed moimi oczami widziałam tylko tą twarz blondyna, który całkowicie namieszał w moim życiu. To on miał sprawić, abym dostała się w ręce Voldemorta z niewiadomych przyczyn. Brzmi przerażająco, prawda?
- Dzień dobry Albo. Mam do ciebie sprawę, więc byłabym wdzięczna gdybyś poszła ze mną do Profesora Dumbledora - usłyszałam kobiecy głos, tuż zza moich pleców, dlatego odwróciłam się powoli i moim oczom ukazała się sama Profesor McGonagall, w swoich pół-okularach. Bez słowa kiwnęłam głową, niezdolna do niczego innego i ruszyłyśmy korytarzem, a ja sama zaczęłam szybko analizować co takiego złego mogłam zrobić.
- Przepraszam Pani Profesor, ale... - zawahałam się i miałam już ciągnąć dalej, gdy nauczycielka przerwała mi w połowie zdania:
- Wszystko wyjaśni ci dyrektor, a teraz proszę abyś trochę szybciej zaczęła iść, bo kompletnie nie ma czasu na jakiekolwiek spokojne spacerki, zważając na to co się tu ostatnio złego dzieje - powiedziała rozdrażniona, unikając mojego wzroku i przyspieszyła, a po mojej głowie zaczęły przelatywać przeróżne niepokojące pytania. Złego? Czyli to oznacza, że jest co raz gorzej i teraz mogę zgadnąć, że to wszystko dotyczy Śmierciożerców - pomyślałam - Mam nadzieję, że to nie chodzi o zagrożony Hogwart, bo to by było niemożliwe.
- Cytrynowy Sorbet - ocknęłam się i zdążyłam zauważyć, że jesteśmy już przy posągu gargulca, dlatego gdy tylko zamiast niego pojawiły się schody, nie czekając na Profesor McGonagall wbiegłam po nich z prędkością światła. Gdy pokonałam wszystkie stopnie, z hukiem otworzyłam drzwi do gabinetu i po krótkiej obserwacji, za pierwszym razem myślałam, że jestem sama w pomieszczeniu. Dopiero po drugim, zobaczyłam postać stojącą przy oknie, która nie przypominała sylwetki Dumbledora. Stanęłam jak wryta, wiedząc już kim jest ta osoba.
- Co ty tu robisz? - odezwałam się jako pierwsza, wystraszona jego wyrazu twarzy - Gdzie jest Dumbledore?
- On zaraz wróci - powiedział, a jego głos był całkowicie wyprany z emocji, który jednak dziwnym trafem trochę drżał.
- Co się dzieje?
Próbowałam dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, ale ten tylko odwrócił wzrok, zachowując się tak, jakby w ogóle mnie przy nim nie było. Nienawidziłam gdy tak ktoś robił w moim towarzystwie, ale nie zwracałam wtedy na to w ogóle uwagi.
- O widzę, że już jesteś Albo - Profesor Dumbledore pojawił się znikąd, w swojej szarej szacie i pół-okularach, stojąc w tamtej chwili już przy swoim dużym, drewnianym biurku - Pewnie zastanawiasz się, dlaczego cię tu przysłałem, prawda? - odczekał chwilę, aby móc za chwilę znów kontynuować - Pewnie też zastanawiasz się co się takiego dzieje, że kazałem ci tu przyjść. Tak, więc droga Albo jak sama widzisz w Hogwarcie dzieją się co raz częściej dziwne rzeczy, które nie wyglądają zbyt pozytywnie. Jak zapewne wiesz, dotyczą one twojej osoby, co nie powinno cię w ogóle dziwić, zważając na to jak znalazłaś się w naszym świecie. Voldemort - znany jako Tom Riddle -, z niewiadomych przyczyn dowiedział się o tobie, dlatego postanowił, że będziesz jego celem. Sam przewidział, że zaprzyjaźnisz się z Harrym i trafisz do Gryffindoru, co bardzo mu w tej chwili przeszkadza w przybliżeniu się do twojego przyjaciela. Od razu gdy pojawiłaś się w świecie czarodziejów uznał, że jesteś jego dosyć dużą i niebezpieczną przeszkodą, dlatego nakazał swoim sługom, aby ciebie do niego przynieść, co już parę razy próbował robić, wysyłając Pannę Parkinson, działającą pod Imperiusem, jak i nie. Dowiedziałem się też od pewnej osoby, że młody Malfoy prawdopodobnie jest Śmierciożercą, co jeszcze bardziej ułatwia sprawę Riddlowi. Sam zauważyłem, że Draco co raz częściej stara się, aby być blisko ciebie, co mnie trochę martwi, ale jak na razie nie ma co ustalać pochopnych wniosków, więc...
- Panie Profesorze - przerwałam mu niegrzecznie, a on podniósł jedną brew do góry - No, bo ja podsłuchałam rozmowę Snape'a, znaczy Profesora Snape'a i Mafloya, gdzie mówili, że to właśnie on ma wypełnić zadanie od Voldemorta i... nie wiem, czy to jest dość ważne akurat w tej chwili, ale..
- Albo, wszystko co powiesz jest teraz bardzo, bardzo ważne, więc słucham.
- Ach, no dobrze. Tak więc, gdy już miałam odchodzić, usłyszałam jeszcze dwie ważne rzeczy, które chyba nie powinny zostać bez rozwiązania i odpowiedzi. Malfoy powiedział do Profesora Snape'a, że już nie chce uczestniczyć w tym zadaniu, a za to Snape - tu wzięłam głęboki oddech i przypomniałam sobie zdania, które wyszły z ust nauczyciela - "Pamiętaj Draco, że Czarny Pan wybrał mnie, abym ciebie pilnował, dlatego wolałbym abyś był mi posłuszny, bo inaczej może to się dla ciebie skończyć źle" - spojrzałam po długim wpatrywaniu się w ziemie, na Dyrektora, który poruszył się niespokojnie. To był zły znak.
Po krótkiej, niezręcznej ciszy, gdzie było tylko słychać ciche pohukiwanie Faweksa, Profesor odezwał się znów swoim spokojnym i życzliwym głosem:
- Ach tak. No dobrze Albo to na dziś dziękuję i chciałabym abyś przyszła do mnie jutro o tej samej godzinie, abym mógł z tobą jeszcze raz porozmawiać. Możesz już iść, a ty, Harry zostań jeszcze na chwilkę, bo mam do ciebie bardzo ważną sprawę.
Z mieszanymi uczuciami podeszłam do drzwi i ostatni raz spojrzałam przez ramię na Dyrektora i Harrego, którzy stali wyczekująco, aż wyjdę z pomieszczenia. Bałam się okropnie, bo po tamtej rozmowie z nim mogłam się domyślić, że w Hogwarcie nie jest już tak bezpiecznie jak kiedyś, a oczywiście przez kogo? Przez moją "ukochaną osobę", która oczywiście musiała jakoś znaleźć się w tym świecie, jakby nie miała nic do roboty.
Schodziłam po schodach wolnym krokiem, a myśli wirowały w mojej głowie, niepokojąco szybko co spowodowało, że zaczął latać przed oczami cały świat. Gdy byłam już przy posągu, usłyszałam dość nietypowy odgłos dobiegający zza rogu korytarza, dlatego odruchowo - lecz dość nieprzytomnie - wyjęłam moją różdżkę, kierując jej czubek, w miejsce gdzie pojawił się ten dźwięk.
- Kto tam jest? - powiedziałam drżącym głosem, a odpowiedzią do mojego pytania była głucha cisza. Gdy upewniłam się, że na sto procent nikogo tam nie ma, odwróciłam się tyłem, aby skierować się w stronę Wieży Gryffindoru, co było wielkim błędem. Po chwili poczułam mocne szarpnięcie za szatę, a następnie zakapturzona osoba, która to zrobiła, przy gnieździła mnie do ściany swoimi silnymi rękoma. Czułam jak zaczęłam się automatycznie trząść, co spowodowało, że zaczęła się głośno śmiać. Nie był to życzliwy śmiech.
- Zostaw mnie - nadal byłam pomiędzy ramionami kogoś, kto najwyraźniej chciał, abym się bała. Zaczęłam się szarpać co w ogóle mi nie pomagało, a wręcz pogarszało sytuację. - Co ty ode mnie chcesz?
Zakapturzona postać powoli sięgnęła za swój kaptur i pociągnęła za niego, ukazując jedynie blond czuprynę. To tak. Mogłam się spodziewać, że będzie to ten laluś.
- Lepiej siedź cicho, bo nieposłuszność może cię wiele kosztować - powiedział zimnym głosem, a jego oczy były czarne jak noc - Lepiej słuchaj, bo kolejny raz tego nie powtórzę. Mówiłem ci, że masz ze mną nie zadzierać, ale skoro tak zagrywasz to proszę bardzo. Nawet nie wiesz na co mnie stać, więc uważaj lepiej, bo teraz zrobię ci totalne piekło i to tak, że będziesz potem miała koszmary w nocy. Skoro postanowiłaś, że podzielisz się tą nowiną o mnie ze swoim bliznowatym przyjacielem to ja teraz zemszczę się na tobie, za to, że nie dotrzymałaś obietnicy - już miałam coś powiedzieć, lecz ten mnie uciszył jednym, zgrabnym gestem - Gdy ja mówię, ty jesteś cicho. Zapamiętaj to sobie, dobrze? - w końcu rozluźnił uścisk i dotknął mojego policzka, aby strzepnąć jeden błąkający się kosmyk włosów z mojej przerażonej twarzy. Spojrzałam na niego z wielką nienawiścią i już miałam wyjąc różdżkę, gdy uznałam, że nie byłby to dobry pomysł.
- No, to do zobaczenia, Stewney. Miłego wieczoru - odszedł swoim dostojnym krokiem, a ja kipiałam ze złości i nienawidziłam go bardzo za to co przed chwilą się wydarzyło. Całkowicie żałowałam, że choć przez chwilę myślałam, że on mógłby się w jakiś sposób zmienić. 
Zimny egoista, który martwi się tylko o swój tyłek, zawsze będzie tym zimnym egoistą - pomyślałam i prychnęłam pogardliwie, patrząc w miejsce gdzie przed chwilą stał jeszcze Malfoy.




Po prostu nie mam nic na usprawiedliwienie. Wiem obiecywałam, że będzie rozdział o wiele wiele wcześniej, ale całkowicie zapomniałam o blogu. Przepraszam.
Ok, nie będę się rozpisywać i jeśli jeszcze ktoś tu żyje i czeka na moje rozdziały to prosze. Tak więc... Nie obiecuje czasu kiedy będzie kolejny, bo nie chce znowy aby powtórzyła się kolejna sytuacja. Jak będzie to będzie. Do zobaczenia.

sobota, 17 października 2015

Rozdział XVI "Są osoby, które się pamięta, i osoby, o których się śni"

Rozdział dosyć specjalny, bo będzie on napisany oczami Draco, hihi

Draco's POV

    Szedłem korytarzem w samotności, abym nie musiał słuchać tej opryskliwej Parkinson i reszty Ślizgonów, którzy siedzieli w Pokoju i cały czas gadali, o jakiś bzdurach, które w tamtej chwili w ogóle mnie nie interesowały. Była chyba to jedyna chwila, gdzie mogłem spokojnie pomyśleć, bez tych wszystkich ludzi, którzy na co dzień nie odstępowali mi na krok, aby choć na chwilę móc czuć się zauważalnym. To już nawet mnie nie denerwowało tylko bawiło, bo oni gdy czegoś naprawdę chcą muszą to mieć i często wychodził z tego niezły ubaw. Towarzystwo u boku najmłodszego potomka Malfoyów jest pewnie bardzo fajne, prawda? Pff, brzmi to bardzo egoistycznie wobec mnie, no ale kto by się przejmował kimś takim jak ja skoro jestem człowiekiem, który ma wszystko. Kims kto nigdy nie ma problemów i nigdy nie jest smutny. Tylko... skąd oni mogą o tym wiedzieć? A jeśli jestem wrażliwy, nie umiem sobie poradzić w życiu i zamiast cieszyć się z tego co mam, boję się kolejnych dni, które mogą przynieść niespodziewane komplikacje? Co jeśli moja rodzina nie jest taka szlachetna jak się wszystkim innym zdaje? No własnie. Nikt nie powinien mnie oceniać po zachowaniu, chociaż... co normalny człowiek sobie może o mnie pomyśleć przed takie coś? Oczywiście, odpowiedz jest prosta - nic pozytywnego. Hmmm... a co jeśli ja nie miałem wyboru i byłem do tego wszystkiego brutalnie zmuszany? Co jeśli ja tego wszystkiego nie chciałem i nic nie mam do czarodziejów z jak to mówią "brudną krwią"? 


- Co ty tu robisz o tej porze? Nie powinieneś być w lochach? - zza rogu korytarza znikąd pojawił się Snape, jak zwykle w swojej czarnej, długiej szacie i tłustych włosach, które zawsze mnie obrzydzały.
- Jest południe, a po za tym spacer po korytarzach Hogwartu chyba nie jest jeszcze zabronione, co? - powiedziałem chłodno i już miałem odejść, gdy ten złapał mnie mocno za ramię i przyciągnął do ściany.
- Słuchaj - wycedził - Nie odzywaj się do mnie takim tonem, bo nawet gdy Czarny Pan kazał mi cię pilnować to nie zwalnia cię z obowiązku, grzecznego zachowania wobec mnie. Mimo, że jestem twoim opiekunem i trudno mi będzie odejmować punkty Slytherinowi, mogę to zrobić w każdej chwili i to tak, aby każdy Ślizgon cię znienawidził.
- Po pierwsze puść mnie, bo wygnieciesz mi koszule. A po drugie nie potrzebuje twojej łaski, więc proszę cie grzecznie, żebyś zszedł z mojej drogi. Twoje groźby na mnie nie działają.
- Czarny Pan dał tobie jak i mnie zadanie, więc mamy je wykonać bez żadnego piśnięcia razem, więc masz się mnie słuchać. Chyba nie chcesz, żeby był on zły, prawda Draco?
- Nie, Panie Profesorze - ostatnie słowa specjalnie wyakcentowałem tak aby wiedział, że to wszystko jest mi obojętne - Wiedz, że rezygnuję z tego zadania. Niech to zrobi ta cała Pansy, która aż paliła się do jego wykonania jeszcze bardziej niż ja.. Mi daj spokój, bo ja tej dziewczynie nic nigdy nie zrobię - powiedziałem i spojrzałem wyzywająco na Snape'a, który aż pobladł ze złości.
- Zostałeś wybrany, aby służyć Czarnemu Panu, więc nie ma takiej opcji, abyś miał decydować o tym, czy rezygnujesz czy nie. To On o tym decyduje, a... jeśli jeszcze raz taka sytuacja się powtórzy to pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś, zrozumiano? - niechętnie kiwnąłem głową, a on rozluźnił uścisk na mojej szacie i odszedł, zostawiając mnie samego na korytarzu. Znaczy... tylko tak myślałem. Tuż zza rogiem czaiła się dziewczyna, która jeszcze nie raz zwróci moją uwagę. W tamtej chwili stała przestraszona, a w jej głowie powoli układała się układanka, która niedawno jeszcze ciągle ją nawiedzała.

    Te wspomnienie co dzień mnie nawiedza, nie dając mi ani chwili spokoju. Ten krzyk, zielone światło i upadające głucho ciało na podłogę, jest chyba moim największym koszmarem, jaki kiedykolwiek miałem. Moja głowa nie chce uwolnić mnie od tego, a to mnie powoli wykańcza i mam co raz mniej siły na to wszystko. Jako mały chłopiec nigdy nie myślałem, że czeka na mnie tak szara i przerażająca przyszłość. Moim marzeniem była dobra praca w Ministerstwie i kochająca rodzina. Niech teraz ktoś mi powie co z tego mam? Nic. Moich rodziców obchodzi tylko po słuszność ode mnie, rodziny nigdy nie będę miał, bo kto normalny chciałby się związać z Śmierciożercą?
- Dracusiu, co ci jeeeest? - u mojego boku, znikąd pojawiła się Parkinson, która uwiesiła się na moim ramieniu jak jakaś lalka. Huh no może jedyna ona.
- Nic? - odpowiedziałem pytaniem i odsunąłem ją na bezpieczną odległość. Ta dziewczyna jest jakaś chora, w ogóle nie daje mi spokoju. Błagam, zabierzcie ją ode mnie - Eeee, Parkin... znaczy Pansy chyba Goyle chciał cię zaprosić na bal, więc idź do niego.
- Fuuuuj, Goyle? Nigdy nie poszłabym z nim na bal, a po za tym ja chcę pójść z tobą! - o nie, Parkinson za dużo chyba sobie wyobrażasz.
- To dosyć niezręczna sytuacja, ale niestety już mam z kim iść na bal... Sam ją zaprosiłem, więc wiesz. Znajdź sobie kogoś innego - skłamałem, a jej mina nagle zrzedła, ale tak, że myślałem, że wybuchnę zaraz ze śmiechu - Dobra, Parkinson. Koniec tej całej scenki, odczep się ode mnie i pogódź się z tym, że już nigdy nie będziemy razem. Było, minęło, trzeba żyć teraźniejszością. Już mnie w ogóle nie obchodzisz, więc z łaski swojej daj mi spokój, bo robisz się powoli męcząca i ciężko do strawienia.
- Ale... - nie dałem jej skończyć, bo sam zacząłem znowu mówić po krótkiej ciszy.
- A i jeśli jeszcze raz będziesz chciała coś zrobić Albie, gorzko pożałujesz. Nigdy nie zrobiłem krzywdy dziewczynie, no ale jak to mówią: zawsze jest ten pierwszy raz, dlatego lepiej uważaj. To zadanie od Czarnego Pana... Masz już wolną rękę, bo ja już w nim nie uczestniczę. 
- Nie możesz! - krzyknęła na cały głos, a jej oczy nagle pociemniały - Ty, ty, tyy! Nie wolno ci tego zrobić! Czarny Pan nie będzie zadowolony, on cię zabije!
- Słuchaj, to już nie jest twoja sprawa, czy mogę, czy nie mogę i czy mnie zabije. To moja decyzja i teraz nie zgrywaj osoby, która się kimś przejmuje. Zawsze byłaś tylko wpatrzona w siebie, a przy mnie trzymałaś się po to, aby być bardziej znaną w szkole, więc proszę cię teraz ładnie, abyś sobie poszła i nigdy więcej się do mnie nie odezwała, bo mam cię dość - powiedziałem swoim zimnym, a zarazem wrednym głosem i spojrzałem jej prosto w oczy, które ukazywały wtedy nienawiść.
- Jeszcze tego pożałujesz - wyszeptała roztrzęsiona i odepchnęła mnie, a następnie odeszła, zostawiając mnie całkowicie samego. Odetchnąłem zadowolony, że udało mi się ją tak szybko spławić i skierowałem się w stronę Wielkiej Sali, na świąteczny obiad.
Ta dziewczyna grała mi na nerwach. To właśnie przez nią Alba trafiła do skrzydła szpitalnego i musiała leżeć cała obandażowana przez parę dni. Gdy ją tam wtedy zobaczyłem w łazience, całą zakrwawioną i bladą myślałem, że nie wytrzymam. Tak bardzo chciałem tej Parkinson przemówić do rozumu za to, że jej to zrobiła. Co za różnica czy była pod Imperiusem, czy nie? Alba nie zasłużyła sobie na taki wyrok jaki zapadł pomiędzy Śmierciożercami tuż przed jej narodzinami. Ona ma dobre serce tak samo jak jej rodzice. Ach, rodzice? Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale moi rodzice znali ich bardzo dobrze i to chyba za dobrze... Ale to, to już jest całkiem inna historia, której nie będę na razie opowiadał. Ona pomogła mi kiedy miałem gorsze chwile, nie wyśmiewając mnie, czy drwiąc, tak jak ja jej to robiłem od początku roku.           Przed wejściem do Sali od razu usłyszałem szczęśliwe gwary rozmów. Nie miałem ochoty tam być i to jeszcze bardziej zniechęciło mnie do wejścia, ale gdybym tam nie był, Snape od razu przyczepiłby się do mnie, więc z wielkim grymasem na twarzy wkroczyłem do pomieszczenia. Oczywiście nie obyło się bez lekceważących spojrzeń skierowanych w moją stronę, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, więc jak to robiłem na co dzień - spojrzałem na nich "wyniośle" i przewróciłem oczami, a następnie udałem się do stołu Ślizgonów, nie zaszczycając już nikogo więcej moją uwagą. No może... Oprócz stołu Gryfonów, aby jej odszukać, tylko... dlaczego? Sam wtedy nie wiedziałem i gdy zobaczyłem, że jej jeszcze tam nie ma odczułem lekki niepokój. Od pewnego czasu cały czas o niej myślę i gdy ją widzę, nie mogę od niej oderwać wzroku. Co się ze mną dzieje? - pomyślałem, gdy zasiadłem do stołu, całkowicie ignorując Notta i innych - Nigdy nie odczuwałem takiego uczucia jak teraz. Czy to możliwe, że taka osoba jak ja mogła się zakochać?
Całkowicie oddałem się myślą, dopóki drzwi od Wielkiej Sali gwałtownie się nie otworzyły, a z nich wybiegła dziewczyna o blond włosach, którą na pierwszy rzut oka nie mogłem poznać. Gdy tylko przyjrzałem jej się intensywniej zamarłem, zdając sobie sprawę, że była to osoba, która nie była mi w tamtej chwili obojętna. Nawet z odległości stołu Ślizgonów do stołu Gryfonów było widać, że po jej policzkach spływały łzy, więc gdy tylko to zobaczyłem, wstałem gwałtownie, a wszystkie par oczu z Sali powędrowały w moją stronę. Po krótkiej, niezręcznej chwili usiadłem, przy okazji prawdopodobnie się rumieniąc i obserwowałem jak Alba wpada w ramiona Pottera. Zazdrość - nigdy jej nie czułem, a w tamtej chwili myślałem, że najnormalniej w świecie wybuchnę. Kiedy się do niego przytulia, a on ją objął ramionami, byłem na pewno cały czerwony. Co się ze mną dzieje? - pomyślałem gorączkowo i dalej obserwowałem sytuacje, która się wtedy działa. Potter spojrzał na nią czule i wyszedł z Sali, prowadząc przy tym Albe za rękę, więc gdy tylko zniknęli za drzwiami, zerwałem się z miejscach i olewając zdziwione pomruki innych ruszyłem w stronę wyjścia. 
- Spokojnie, Al. Co się dzieje? - gdy tylko ich dogoniłem, stanąłem za ścianą i lekko uchyliłem głowę, tak aby móc wszystko widzieć i słyszeć. 
- Harry, ja już wszystko wiem - powiedziała lekko drżącym głosem - To o mnie chodzi w tych wszystkich snach i wizjach. To mnie potrzebuje Voldemort, to ja jestem jego celem. Harry, ja...
- Skąd wiesz?
- Ja słyszałam, jak... - zdenerwowana zasłoniła sobie twarz rękoma i minęło dopiero chyba z parę minut, kiedy zdołała dokończyć  - jak Dra... Malfoy i Snape rozmawiali o mnie.
- Alba... Na razie nie masz co się martwić. Dopóki Dumbledore jest dyrektorem szkoły, jesteś całkowicie bezpieczna. Śmierciożercy nie ośmieliliby się zaatakować wtedy kiedy jest on w Hogwarcie, wiec nie stresuj się tym. A powiesz mi co mówił Malfoy? - na dźwięk mojego nazwiska wzdrygnąłem się lekko, co niestety, ale było wielkim błędem. Za mną stała zbroja, która przewróciła się gdy tylko machnąłem ręką, a ja sam wybiegłem przestraszony na środek korytarza, gdzie stał Potter i Alba.
- Malfoy - jako pierwszy odezwał się bliznowaty, który od razu zadziałał mi mocno na nerwy - Czego ty tutaj chcesz?
- Na pewno nic co jest związane z tobą - powiedziałem i zmierzyłem go lekceważącym wzrokiem od góry do dołu, a następnie spojrzałem na Albe, tak aby ten drugi nie zorientował się jak ja się nią przejmuję. Ta nic nie powiedziała tylko wbiła wzrok w podłogę, co - przyznam - bardzo mnie zawiodło, ale za nic w świecie nie dawałem tego po sobie poznać.
- Skoro mówisz, że nic, to może byś już sobie poszedł, bo na sam twój widok robi mi się niedobrze.
- Ohoho, Potter w końcu nauczyłeś się jakiejś cienkiej riposty. Można ci serdecznie pogratulować, twoi rodzice na pewno są z ciebie dumni. A przepraszam, ty nie masz rodziców. Ups, zapomniałem - wiem, to nie było z mojej strony uczciwe, ale co ja poradzę, że on tak na mnie działał - Hmy, to ja może zostanę, skoro mówisz, że ci niedobrze na mój widok, co? Chętnie zobaczę jak Stewney ucieka od ciebie na widok nietypowej kałuży, która nie będzie zbyt przyjemna - skończyłem i uśmiechnąłem się do niego złośliwie, przygotowany na obronę od strony Stewney. Spojrzałem na nią i mój uśmiech automatycznie zniknął z twarzy. Nie zrobiła tego. Stała prosto, nie patrząc już na podłogę, a wzrok, który był skierowany do mnie nie wyrażał nienawiści i złości, tylko...
                                                            smutek.



Witam was, drodzy czytelnicy! *jak to poważnie zabrzmiało*
Dodaję po paru dniach kolejny rozdział, który miał być o wiele, wiele dłuższy, ale jak to ja udało mi się tylko napisać tyle. Jest jaki jest, tyłka chyba nie urywa, taki znikąd wzięty, co mnie najbardziej martwi. Postanowiłam napisać ten oczami Draco, aby urozmaicić trochę czytanie, ale nie wiem czy pisanie w rodzaju męskim dobrze mi wychodzi. Jeśli byłby jakieś błędy typu: zamiast robiłem jest robiłam, to z góry przepraszam, ale najprawdopodobniej przeoczyłam ten błąd kiedy ustalałam ostateczne poprawki. No i tak jak zwykle przypominam, że teksty napisane kursywą są przemyśleniami bohaterajeśli chcesz skomentować rozdział musisz kliknąć "czytaj więcej" i to chyba tyle. Miałam pewnie jeszcze o czymś napisać, ale pewnie o tym zapomniałam, więc już nie będę nad tym główkować, bo za późno jest. 

P.S zauważyłam, że najgorzej w rozdziałach wychodzą mi końcówki, bo zawsze muszę poprawiać je z tysiąc razy, bo mi ciągle coś nie pasuje.

*jeśli już to czytasz, to później skomentuj go, okej? to nie takie trudne, a mi daje dużą motywacje do dalszego pisania*

sobota, 10 października 2015

Rozdział XV "Życie kryje wiele niespodzianek"

Dedykowany wam wszystkim   

   Właściwie to mogę powiedzieć, że straciłam poczucie czasu, choć nie jest raczej to tak nieoczywiste zważając na to co się wydarzyło. Każdy człowiek by tak zareagował, a zwłaszcza ja - wrażliwa osóbka, która nie umie sobie poradzić w tym ogromnym świecie. Nigdy nie byłam odporna na takie sytuacje i zawsze omijałam tematy śmierci, czy nawet samobójstw, bo się po prostu tego panicznie bałam. A dlaczego? Uważałam i nawet do teraz uważam, że życie jest zbyt piękne, żeby umierać. Wiem, że jest to konieczne i gdyby ludzie nie umierali, na świecie byłby chaos, ale pomyślmy sobie, że tyle wspaniałych osób nagle tak znika i nic po nich nie zostaje, prócz jakiś tam wspomnień, które i tak po paru latach się zapomina. Smutne jest to i to bardzo, a gdy o tym tak głębiej pomyślę, to aż łza mi się w oku kręci. No co ja poradzę, że taka jestem? Nie umiem panować nad emocjami i gdy przychodzi co do czego, każdy mógłby mnie poznać od drugiej strony, którą kryję głęboko w sobie, tak aby nikt się nie dowiedział jaka naprawdę jestem. Bo po co? Nigdy nie chciałam ryzykować, bo jestem przeczulona na niektóre sytuacje, dlatego zanim całkowicie zaprzyjaźnię się z jakaś osobą muszę ją poznać od wewnątrz, aby nie moc później się bać, że okaże się inna.

- Alba... - chyba za bardzo nie kontaktowałam, bo ton mojego przyjaciela nie wróżył nic dobrego - Ja wiem, że bardzo to przeżywasz, ale powinnaś się chyba położyć, bo jesteś strasznie blada. Nie chciałbym, żebyś zemdlała czy coś, więc proszę cię, zdrzemnij się, a ja cię później na świąteczny obiad obudzę.
- Nie chcę - powiedziałam zachrypniętym głosem i wróciłam do mojej poprzedniej czynności, czyli patrzeniu się pustym wzrokiem na palący się przy ścianie pomieszczenia, kominek, który na co dzień wydawał mi się oznaką szczęścia, ale w tamtej chwili nawet radosne palenie drewna nie poprawiało mi humoru.
- A ty jak zwykle uparta. Wiesz, że w większości zawsze mam rację, ale ty nigdy nie słuchasz, a potem wpadasz w kłopoty, więc w tej chwili masz iść spać. Nie chce, abyś wylądowała znowu w skrzydle szpitalnym za swoją głupotę.
- Przepraszam bardzo, ale ta sytuacja z Pansy Smarkinson nie była moją głupotą. Po prostu znalazłam się w nieodpowiednim miejscu i tyle, a ta dziewczyna chyba miała jakiś zły dzień, więc wyżyła się na mnie - wstałam, stając twarzą w twarz z Harrym, krzyżując przy tym ręce, na znak obronny.
- O! Od razu przybrałaś kolorów! - powiedział usatysfakcjonowany i rozsiadł się na fotelu, jak król na tronie - Skoro tak to teraz z łaski swojej powiedz mi, Alba co się takiego stało, że Hermiona omija nas szerokim łukiem i zachowuje się jak nadęty paw, gdy tylko nas zobaczy.
- Oj, własnie nie wiem o co jej chodzi. Jednego dnia po prostu przestała się do mnie odzywać i tyle. Próbowałam wszystkich sposobów, aby wyciągnąć od niej dlaczego jest na mnie zła, ale gdy tylko do niej podchodziłam to ona prychała głośno i odchodziła, z wysoko podniesioną głową.
- A nie pomyślałaś, że może jakoś nieświadomie ją czymś zraniłaś, czy coś? - powiedział niezrozumiałym dla mnie tonem i nagle zesztywniał.
- Harry... czy ty przypadkiem o czymś wiesz, czego ja nie wiem?
- Nie... Znaczy... własnie to... tak... Usłyszałem jak Hermiona rozmawiała z Luną Lovegood jeszcze tuż przed świętami, gdzie mówiła, że podoba jej się... Malfoy...
- Och - z ust wydarło mi się tylko to jedyne słowo, które rozpoczęło niezręczną ciszę w Pokoju Wspólnym pomiędzy mną, a moim przyjacielem. Własnie w tamtej chwili uświadomiłam sobie jedyną, ważną rzecz. Nie zrobiłam jej nic złego, więc zostaje tylko jedno rozwiązanie, które może wyjaśnić całe te nieodzywanie się Hermiony.
- Harry... Czy ona...?
- Tak, Al. Prawdopodobnie dowiedziała się o tym, co okrywałaś przed nią od pewnego czasu, a dotyczy to sama wiesz kogo. Nie chciałem ci tego wcześniej mówić, ale teraz jest już na to pora. Gdy tylko ona wróci, będziesz musiała chyba dosyć szczerze porozmawiać z Hermioną - westchnął i wstał, kierując się w stronę swojego pokoju, aby móc w końcu w spokoju przemyśleć parę spraw, które od pewnego czasu bardzo go dręczyły.

    Po pójściu Harrego siedziałam może jeszcze przez dziesięć minut, sama w pokoju, aż w końcu, nie mogąc wytrzymać nic nie robienia, wyszłam z Wieży Gryffindoru, z zamiarem pójścia na długi spacer po korytarzach Hogwartu. Nie wiedziałam co właściwie mam ze sobą zrobić. Ona mi tego tak szybko nie wybaczy - pomyślałam, przechodząc obok schodów, prowadzących do Pokoju Krukonów - A najważniejsze i śmieszne jest to, że kompletnie nie wiem co mam jej powiedzieć. Sam fakt, że od początku ją okłamywałam jest dosyć smutny i teraz czuję się podle, ale nie mogę jej przepraszać. Tyle razy z moich ust wypływały przeprosiny, że teraz one będą na pewno brzmieć chyba dosyć... pusto? Szłam wolnym krokiem po korytarzach szkoły i tak właściwie to myślałam o wszystkim i o niczym. Za nic w świecie nie mogłam skupić się na myśleniu o jednej rzeczy, więc co chwilę nowe zdania pojawiały mi się w głowie, ale tak tylko na sekundę, aby po chwili mogły zniknąć, a na ich miejscu pojawić się kolejne nowe. Czułam się wtedy tak jakbym zaraz miała eksplodować od nadmiaru tych wszystkich dotychczasowych wydarzeń. Hogwart, Malfoy, pojedynek (właściwie to czy można tak to nazwać?) Harrego, Malfoy, dziwne sny, wizje, wylądowanie w skrzydle szpitalnym, jeszcze raz Malfoy i śmierć Lavender. Za dużo jak na mnie, o nie. Najgorsze jest to, że zamiast działać, siedzę bezmyślnie i użalam się nad sobą jaka to jestem beznadziejna, co jest teraz zbędne. Powinnam pójść do Dumbledora i powiedzieć mu o moich przypuszczeniach, chociaż... z drugiej strony chyba na razie nie chce mu mówić o Malfoyu i jego dosyć mało intrygującym znaku na przedramieniu. Miałby przeze mnie duże kłopoty, a na razie nie chce, żeby go wyrzucili ze szkoły, bo...
- Ty też nie możesz ustać w miejscu, prawda? - przed moim oczami, nagle spod ziemi wyrosła Luna, jak zwykle mówiąca swoim pięknym, melodyjnym głosem - Była bardzo miła. Kiedyś pomogła mi w zbieraniu rzeczy kiedy mi je zabrali i porozrzucali po szkole. Szkoda, że akurat ją to spotkało.
- Uhum - kiwnęłam lekko głową i spojrzałam na zimowy krajobraz rozprzestrzeniający się za oknem, niezdolna do kontaktu wzrokowego z dziewczyną.
- Chcesz być sama? Rozumiem cię. To do zobaczenia dziś wieczorem.
Odeszła, a ja odetchnęłam z ulgą. Nie miałam ochoty na jakiekolwiek towarzystwo, które na pewno nie poprawiłoby mi humoru, więc gdy tylko Luna zniknęła z mojego pola widzenia uciekłam w chyba najbardziej lubiane przeze mnie miejsce w szkole, gdzie prawie nikt nie zaglądał - Łazienka Jęczącej Marty. Zawsze gdy miałam złe dni przychodziłam tam, aby móc w spokoju przemyśleć sprawy, które mnie dręczyły. Teraz mogę szczerze powiedzieć, że to miejsce miało na mnie tak dobry wpływ, że gdy tylko wychodziłam z niego to od razu miałam lepszy humor i inaczej patrzyłam na świat, więc gdy pierwszy raz tam poszłam i odczułam tą zmianę postanowiłam, że nie raz odwiedzę to miejsce. Wiem, nie było tam przyjemnie czysto, bo od lat nikt tam nie sprzątał, ale naprawdę jak się tam przez jakiś czas trochę posiedzi to widać tylko same plusy, a żadnych minusów. A po za tym Jęczącej Marty dawno tam nie było, więc ten fakt jeszcze bardziej zachęcał do wypełnienia tej propozycji, więc w końcu zdecydowałam się i poszłam w stronę łazienki.
    Gdy już rzeczywiście byłam na miejscu, skierowałam się w stronę umywalek, aby móc w spokoju przemyśleć to co się wydarzyło w ostatnich dniach. Potrzebowałam spokoju i ciszy, aby móc odpocząć od tych wszystkich ludzi, którzy cały czas rozpaczali nad śmiercią Lavender. Nie doszłam nawet do kabin, gdy usłyszałam cichy szloch dobiegający z końca pomieszczenia, który o dziwo nie należał do dziewczyny. Na palcach podeszłam do ściany, ciekawa osoby, która się tam kryła. Wyjrzałam zza niej, aby dowiedzieć się kto jest autorem tego płaczu i powiem szczerze, że moje zaskoczenie sięgało chyba zenitu. Nad jedną z umywalek pochylał się Malfoy, w dość nieprzyjemnej sytuacji - koszule miał pogniecioną, krawat nie był zawiązany, jego blond włosy były rozczochrane, a on sam miał podpuchnięte oczy. Nigdy nie spodziewałabym się, że mogłabym kiedykolwiek zobaczyć go w takiej sytuacji, a wtedy... po prostu przestałam myśleć.
- Malfoy? - spytałam cicho, a on lekko zadrżał i w następnej chwili znieruchomiał, powstrzymując dalszy szloch, aby nie pokazać, że jest słaby - Co się stało?
- Idź sobie.
- Czemu płaczesz? - nie dawałam za wygraną.
- Nie twoja sprawa.
- Chcę ci pomóc.
- Hah, od kiedy Stewney ty taka pomocna dla Ślizgonów jesteś? - prychnął i spojrzał na mnie zaczerwienionymi oczami - No, ale  skoro taka ty ciekawska jesteś to proszę bardzo. Wiesz... Myślisz pewnie, że taki arystokrata jak ja ma wszystko. No, bo niby ma, ale można się łatwo pomylić. Dużo rzeczy mi brakuje, a to wszystko... Byłem zmuszany, rozumiesz? A teraz cały czas dręczy mnie ta straszna świadomość popełnionych przeze mnie błędów. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że za to wszystko gorzko się płaci. Nic nie mija bez śladu. Cokolwiek zrobię, będę to miał zapisane w historii mojego życia, podobnie jak do historii choroby, gdzie wpisuje się każdy podejrzany drobiazg. Cos co się już stało, nie da się cofnąć, a własnie bardzo bym tego chciał. Tylko..., że to nie jest możliwe. Zawsze będzie ktoś, kto zapamięta te wszystkie złe rzeczy i nigdy nie wybaczy mi tego co zrobiłem - skończył i spojrzał na mnie wyzywająco - A teraz pewnie polecisz sobie do twojego kochaniutkiego przyjaciela i powiesz mu jakie to ja mam problemy, co?
- Nie.
- Co?
- No nie. Niby dlaczego miałabym to komuś powiedzieć? To twoje problemy, więc trzeba uszanować dyskretnosć, a zwłaszcza kiedy mi je powiedziałeś.
- Czyli... nie powiesz nikomu? - jego mina nagle złagodniała, a on sam podszedł do mnie bliżej tak, że dzieliły nas tylko parę centymetrów.
- Tak - szepnęłam i odsunęłam się od niego, zrażona taką bliskością - Ja... muszę isc. Do zobaczenia wieczorem - powiedziałam cicho i już miałam iść, gdy Malfoy, złapał mnie za rękę - Co ty...?
- Dziękuję, Stewney. Za to co tu... No wiesz...Właściwie to może mówmy sobie po imieniu, dobrze?
- Uhum - zgodziłam się bez przekonania i po chwili uciekłam jak najdalej, abym znów mogła przemyśleć to co się wydarzyło.


Ew, tak długo tu mnie nie było.
Znowu...
Przepraszam bardzo za tak długą przerwę, ale mam nadzieję, że szkoła jest dobrym wytłumaczeniem. Nie miałam ani czasu, ani weny na napisanie rozdziału, więc po prostu nie dodałam nic przez te tygodnie. Rozdział jest jaki jest. Czy jest dobry, to sami musicie ocenić (najlepiej w komentarzu), chociaż wiem, że końcówka dla mnie jest straszna. Jest on dłuższy niż poprzednie, bo tego pisałam z dwa dni, dlatego bardzo się skupiłam nad sensem treści. Jak widzicie w tym rozdziale odkryte zostało drugie oblicze Malfoya, które mam nadzieję przypadnie wam do gustu. Musiałam napisać tą sytuacje, aby móc kontynuować dalsze losy jego i Alby (hihihi). Mam nadzieję, że wam się podoba i widzimy się w kolejnych postach.

A własnie.
Szablon - tak jak pisałam po lewej stronie - jest szablonem zastępczym, dlatego JEŚLI CHCECIE SKOMENTOWAĆ TEN WPIS CZY COS TO KLIKNIJCIE NA "CZYTAJ WIĘCEJ", BO W TYM SZABLONIE COS CHYBA JEST ZEPSUTE. 


niedziela, 20 września 2015

Rozdział XIV "Ci, którzy nie mają marzeń umrą z zimna"

Dedykowany osobie, dzięki której co rozdział dostaje co raz większej motywacji do dalszego działania - Alicji Wieczorkiewicz :)

   W Boże Narodzenie każdy poranek jest piękny, prawda? Śliczne zaspy utworzone z białego puchu, które zachęcają do bitwy na śnieżki albo ulepienia bałwana, który nigdy nie jest idealny, dają ten niesamowity świąteczny nastrój, na który czekałam od początku roku. Apetyczne zapachy, które kuszą większość ludzi przed kolacją wigilijną i zachęcają do skosztowania dań tuż przed pierwszą gwiazdką, stosik prezentów, od których nie możesz oderwać wzroku, bo jesteś ciekawy jakie tajemnicze przedmioty skrywają, to nieziemskie uczucie. A teraz powiem szczerze, że nigdy nie doświadczyłam tak idealnych świąt ze względu na sierociniec, w którym nie było tak pięknie jak w normalnym, rodzinnym domu, gdzie wszystko aż kwitnie od tak dużego szczęścia członków rodziny. Co Boże Narodzenie dostawaliśmy jakieś skromne upominki, a kolacja tak naprawdę nie przypominała wigilijnej kolacji. Dostawaliśmy tylko po jednym posiłku, które spożywaliśmy w małej sali, gdzie mieściło się o wiele mniej osób, niż jest w sierocińcu, więc zawsze było tam ciasno, co na pewno nie dawało takiego niesamowitego nastroju, jak moje wymarzone święta. Powiem szczerze, że nawet wtedy przyzwyczaiłam się do tego, chociaż zawsze gdzieś głęboko we mnie siedział ten smutek i tęsknota, które nie były może widoczne, ale czułam, że tam są, więc to ukrywałam. Dlatego własnie kiedy dostałam się do Hogwartu miałam tą cichą nadzieję, że tym razem święta Bożego Narodzenia będą inne, a w znaczeniu inne chodziło mi o to, że tym razem zapadną mi one głęboko we wspomnieniach - nie szare i ponure - tylko szczęśliwe i wesołe bez żadnych zmartwień, czy smutku. I własnie teraz mogę powiedzieć to głośno: nie myliłam się. Wigilia w Hogwarcie była najlepszą rzeczą jaka kiedykolwiek mnie spotkała, więc jeśli pozwolicie to opowiem wam wszystko od początku tak abyście mogli przeżyć to razem ze mną.

   Obudziłam się dosyć późno, bo gdy odruchowo spojrzałam na zegarek, tuż po otworzeniu oczu, wskazywała godzina dziewiąta, co oznaczało, że jestem już grubo spóźniona na śniadanie, więc jak torpeda wyskoczyłam z łóżka i ubrałam szkolny mundurek. Zrobiłam byle jakiego kucyka, a następnie wybiegłam z pokoju i skierowałam się do Wielkiej Sali, gdzie już dawno pojawił się gwar rozmów. Biegłam po pustych korytarzach, nie spotykając nikogo i gdy byłam już przed wejściem do sali, stanęłam jak wryta. Nie przypominała ona codziennego wystroju - tuż przy stole nauczycielskim stała ogromna choinka, ozdobiona najróżniejszymi, kolorowymi ozdobami, nad stołami wisiały czerwono-zielone wstążki, a na stołach stały wysokie świece i stroiki. 
- Jak pięknie - szepnęłam zachwycona.
- Tak samo jak ty - odezwał się głos za moimi plecami, który niestety, ale wydawał się mi znajomy. Odwróciłam się powoli i przed moimi oczami ukazał  się sam Draco Malfoy, który w tamtej chwili uśmiechał się do mnie złośliwie.
- Widzę, że chyba trochę zaspałaś, Stewney. Ja jednak wolałbym, żebyś przed wyjściem zawsze spojrzała na siebie przed lustrem, bo gdyby Parkinson cie teraz zobaczyła to na pewno nie dałaby ci spokoju przynajmniej przez miesiąc - powiedział spokojnie, ale widać było, że ta sytuacja bardzo go bawi.
- Ale co ci nie pasuje w moim wyglądzie? - chłopak spojrzał na mnie łaskawie, a następnie wskazał palcem na moje buty, a raczej skarpetki (bo gdy zerknęłam na nie to okazało się, że w ogóle ich nie mam), które były rożnego koloru. O boże... - pomyślałam i klepnęłam się mocno w czoło.
- Oj Stewney, co ty byś beze mnie zrobiła - mruknął pod nosem i wyjął różdżkę, a ja zbita z tropu cofnęłam się o krok - Oj nie bądź głupia. Jakbym chciał cię zabić to zrobiłbym to w jakimś mniej widocznym miejscu - machnął różdżką i natychmiast na moich nogach pojawiły czarne i dość ładne buty. - Nie musisz dziękować - powiedział i odszedł do stołu Ślizgonów, zostawiając mnie samą z mieszanymi uczuciami. Co to miało w ogóle znaczyć? Malfoy własnie mi pomógł i do tego jeszcze się uśmiechnął. Co on chory jakiś jest, czy może Imperio ktoś na niego rzucił? Nie wiem naprawdę co mam o tym myśleć. Jeszcze parę miesięcy temu gdyby ktoś mi powiedział, że on kiedyś będzie dla mnie miły to bym tą osobę najnormalniej w świecie wyśmiała - pomyślałam i po chwili ruszyłam do stołu Gryfonów, z zamiarem zjedzenia porządnego śniadania.
Gdy tylko siadłam do stołu, zostałam zasypana najróżniejszymi pytaniami od strony mojego przyjaciela.
- Co on od ciebie chciał?
- No nic, Harry...
- No, ale skoro rozmawiał z tobą to znaczy, że coś chciał. Mówiłem, żebyś trzymała się od niego z daleka - przypomniał mi i odwrócił wzrok, aby ukryć złość.
- Wyluzuj. Po prostu na niego wpadłam i jak zwykle powiedział coś złośliwego, a potem sobie poszedł. Nic wielkiego Harry, więc proszę nie obrażaj się - powiedziałam i przytuliłam chłopaka, aby poprawić mu humor. Ten mruknął tylko coś niezrozumiałego i wziął się za jedzenie, a ja po chwili ruszyłam w jego ślady, skupiając się jedynie na posiłku.

   Po zjedzeniu śniadania razem z Harrym postanowiliśmy, że pójdziemy na dwór, przejść się na mały spacer, więc gdy tylko ostatnie okruszki zniknęły z naszych talerzy, razem z nim wyszłam na świeże powietrze od razu kierując się w stronę chatki Hagrida. 
- Miałem spytać się ciebie tego wcześniej, ale jakoś nie było okazji. Alba.. czy... może... - zawahał się - chciałabyś pójść ze mną na bal?
Wow, no zaskoczył mnie naprawdę. Od momentu kiedy ogłosili bal nie sądziłam, że Harry mógłby się mnie spytać, czy z nim pójdę. Teraz... tak jak sobie myślę to wtedy gdy tak zdałam sobie sprawę to naprawdę cieszyłam się, że to własnie on mi to zaproponował, bo nie wyobrażałabym sobie kogoś innego  na jego miejscu. 
- Jasne! Z chęcią - oznajmiłam i uśmiechnęłam się do niego szeroko, a on zrobił coś nieoczekiwanego. Wykorzystał moją chwilę nieuwagi i rzucił mi uklepaną śnieżką w twarz tak, że po sekundzie cała moja twarz była zmarznięta i obolała.
- Harry! - krzyknęłam i sama sięgnęłam po śnieżkę, w celu rzucenia nią w chłopaka. Wzięłam ją w dłonie i ulepiłam z niej kulkę, a następnie wycelowałam ją w mojego przyjaciela, który zaczął biegać jak opętany, aby uniknąć zderzenia. Śmialiśmy się z tego w niebo głosy, gdy nagle usłyszeliśmy głośny krzyk, który przeszywał całe błonia zamku, a dobiegał on najbardziej od południowej strony Hogwartu, więc bez zastanowienia pobiegliśmy w tamtą stronę, przerażeni, a zarazem też zaciekawieni co się stało. Przy drugim wejściu do szkoły zauważyłam dwie postacie, z których jedna leżała nieruchomo, a druga nad nią klęczała, dlatego jeszcze bardziej przyspieszyłam i już po minucie byłam na miejscu. To co tam zobaczyłam chyba nigdy nie zniknie z mojej pamięci. Na ziemi leżała nieżywa Lavender Brown, która prawdopodobnie została potraktowana zaklęciem uśmiercającym, którego nazwy nie mam nawet odwagi wypowiedzieć. 
- Co się stało?! - krzyknął Harry, który tuż za mną dobiegł do miejsca zdarzenia.
- N-n-nie wiem...! Ona tu już leżała kiedy ją z-z-znalazłam! - co słowo z gardła Padmy Patil wyrywały się co raz większe szlochy, a ona sama pochylała się nad ciałem swojej już nieżyjącej przyjaciółki i mocno ją przytulała.
- Harry, biegnij po pomoc! - powiedziałam rozdygotana i sama siadłam na ziemi, patrząc pustym wzrokiem na dziewczynę, która jeszcze niedawno uśmiechała się gdy szła korytarzem i śmiała się, gdy ktoś powiedział jakiś dowcip. Przerażające jest też to, że wystarczy jedna, jedyna chwila, aby człowiek zniknął z tego świata na dobre. Huh, można to określić jak zapaloną świeczkę, która ma płomień, ale gdy zdmuchniesz automatycznie znika, nie zostawiając za sobą żadnego śladu, oprócz ciemności.
Nie wiem, czy czekanie na pomoc trwało dziesięć minut, czy pół godziny. Po prostu siedziałam i patrzyłam na tą scenę tak jakbym była widownią, a to wszystko to tylko głupi film, który nie ma jakiegokolwiek znaczenia w prawdziwym świecie. Szkoda tylko, że to działo się naprawdę i nie było to żadną fikcją. Ta dziewczyna nie żyła, bo ktoś ją zabił z niewiadomej przyczyny, chociaż niczym nie zawiniła, dlatego obiecałam sobie wtedy, że gdy poznam osobę, która to zrobiła to nie będzie mogła ona ujść z życiem, bo ktoś taki na świecie nie powinien żyć.
- O mój boże - reakcja Profesor McGonagall była w ogóle niepotrzebna, bo dolewała tylko oliwy do ognia - Co się stało? 
- Nie wiem Pani Profesor - odezwałam się jako pierwsza i dopiero wtedy zauważyłam, że mój głos drży - Razem z Harrym usłyszeliśmy krzyki, więc pobiegliśmy w miejsce gdzie one dochodziły i zauważyliśmy je, dlatego Harry pobiegł po pomoc.
- Dobrze, więc Pan Potter niech pobiegnie do Profesora Dumbledora i powie mu, że trzeba wznieść nowe ochrony nad Hogwartem - powiedziała i przerażona spojrzała na ciało Lavender - Nie wiedziałam, że dożyje czasów, kiedy nie będzie tutaj bezpiecznie... Yyyy... Panie Potter niech pan też powie Profesorowi Dumbledorowi, że trzeba będzie poinformować rodziców Lavender, że ich córka... Sam Pan wie... nieżyje... - dokończyła i po raz drugi spojrzała z troską na dziewczynę, która już więcej nie miała spojrzeć na świat.



Dodaję rozdział, bez żadnych długich moich monologów. Mam nadzieję, że wam się podoba i pamiętajcie jedną, ważną zasadę: CZYTASZ -> KOMENTUJESZ!
Naprawdę dla ciebie to nic, a dla mnie kolejny krok do dużej motywacji, dzięki której piszę te rozdziały! 
p.s przy okazji możesz wyrazić swoją opinię na temat mojego pisania w koemnarzach, więc wiesz... :)


piątek, 18 września 2015

Rozdział XIII "Najmądrzej­szy jest ten, który wie cze­go nie wie."

Dedykowany wszystkim, którzy to czytają.

Codziennie zastanawiam się jak mogło to wszystko wydarzyć się tylko przez parę miesięcy i jak w ogóle jest możliwe, że to akurat ja trafiłam do tego świata? Jest wiele milionów ludzi, którzy żyją w mugolskim świecie i marzą o takiej właśnie przygodzie, która spotkała akurat właśnie mnie - nieśmiałą osóbkę, nie mająca żadnej rodziny, bo jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy była niemowlęciem. A drugą sprawą jest to, że... NADAL NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ, ŻE JA JESTEM CZARODZIEJKĄ. Przyznam, wierzyłam w magię gdy przeczytałam wszystkie tomy i obejrzałam wszystkie filmy no, ale zawsze były takie chwile gdzie wątpiłam w te fantazje tak jak zwykły człowiek, wiec w tym wypadku powinniście się ze mną zgodzić, bo to bardzo dobry argument, prawda? Oczywiście, nie mówię, ze ta sytuacja nie jest okej, bo jest i to bardzo. Nareszcie jestem szczęśliwa i mam prawdziwych przyjaciół, którzy nie obgadują mnie za plecami, czy nie robią mi żadnych przykrości, tak jak do do tej pory było (podkreślam: w sierocińcu nie było za przyjemnie). Ale wiecie co? Może opowiem wam o wczorajszym dniu, żeby was więcej juz nie zanudzać.

- A co powiedział Dumbledore? - spytał Harry, gdy szliśmy korytarzem na lekcje, opowiadając przy okazji o zaistniałej sytuacji.
- No właściwie to nic specjalnego. Coś tam mówił, że coś z tym zrobi, a potem kazał mi iść na lekcje, ale skoro on tak mówi to znaczy, ze nie zostawi tego bez porządnego wyjaśnienia. Dlatego jestem na razie spokojna, ale trochę mnie zastanawia fakt, ze w tych wizjach pojawił się Lucjusz Malfoy.
- Wiem, ale teraz to już nie ma co się dziwić, skoro wiesz, ze młody Malfoy jest smierciozercą - oznajmił i po chwili ciszy dodał - Powiem szczerze nie zaskoczyła mnie ta wiadomość, bo już od pewnego czasu miałem taką myśl, ale nie byłem do końca pewny czy moje przypuszczenia są prawdziwe, wiec próbowałem coś wywęszyć i śledziłem w szkole przez parę dni Malfoya. Nic nie znalazłem ciekawego, oprócz tego, ze chodził często do Pokoju Życzeń, a potem tak może po godzinie wychodził z niego i wracał do lochów jak gdyby nic. Trochę dziwne to jest, nie uważasz?
- No, rzeczywiście.
- Alba... A z tym spotkaniem o północy i w ogóle to o co w tym w ogóle chodzi?
Westchnęłam i po chwili zastanowienia spojrzałam na mojego przyjaciela z wyraźnym zmartwieniem.
- Nie umiem i chyba nie będę umiała ci wytłumaczyć o co mu chodziło, bo sama go nie rozumiem... Harry... A jeśli to on wysłał mi ten naszyjnik?
- Nie wiem... Możliwe, ze to on, ale jak na razie nie wywnioskujmy żadnych wniosków, bo możemy sie mylić. Alba.. Ale może lepiej dla bezpieczeństwa nie zakładaj go, bo nie wiemy czy on nie jest sprawką jakiejś czarnej magii, czy coś. I trzymaj sie tez z dala od Malfoya, okej? - kiwnęłam twierdząco głową, a on sam powiedział coś co raczej nie chciał abym usłyszała, ale dzięki mojemu znakomitemu słuchowi, zrozumiałam wszystko co powiedział - Zabiję te gadzisko, za to co zrobił jej i Hermionie.
Nie zwróciłam mu uwagi, ani nie skarciłam go za te słowa, bo powiem szczerze Malfoyowi należało sie takie lekkie upomnienie od Harrego i na pewno bardzo mu sie by to przydało, zważając na wszystkie dotychczasowe sytuacje związane 
z nim. Mam tylko nadzieje, że nie wpakuje sie on w kolejne kłopoty, bo Gryfoni nie bedą zachwyceni kolejną stratą punktów od strony Wybrańca - pomyslałam, gdy weszliśmy do klasy na lekcje, tłumacząc i przepraszając nauczyciela, za dosyć duże spóźnienie, nie omijając faktu, że przez to odjęto Gryffindorowi 10 punktów.

Kolejne dni mijały nie ublagalnie szybko, bez żadnych wizji, czy niepokojących snów i tak naprawdę to praktycznie w ogóle o tym nie myślałam, bo zbliżały sie święta Bożego Narodzenia, co oznaczalo, ze będzie dwutygodniowa przerwa, co prawie wszystkich uczniów podnosiło na duchu. Ja i Harry mielismy zostać w szkole, za to Ron miał plany pojechać do swojego domu rodzinnego, z wytłumaczeniem (i lekkim żalem), że gdyby nie pojawił sie na Wigilii to jego matka by go zabiła. W końcu wyszło na to, że z Gryfonów zostaje tylko nasza dwójka i pare innych osób z wyższych klas, co bardzo nas cieszyło, bo będziemy mieli dużo czasu dla siebie, co w tym roku rzadko sie zdarzało, z przeróżnych powodów, których aż szkoda wyliczać.
W czwartek, tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy schodziłam po schodach z dormitorium dla dziewcząt, aby pójść na śniadanie, usłyszałam głośny gwar dochodzący z Pokoju Wspólnego, wiec ciekawa co się dzieje z ostatnich paru schodków skoczyłam na podłogę, tak, ze prawie się zabiłam, ale nie było to wtedy takie ważne. Zaintrygowana, podeszłam szybko do drzwi i pociągnęłam za klamkę. W pomieszczeniu zauważyłam dużo walizek, prawdopodobnie należących do wyjeżdżających Gryfonów, których przy nich nie było. Rozejrzałam się po pokoju i zauważyłam ich, stojących w grupce, przy tablicy ogłoszeń, na której musiało wisieć coś od niedawna, bo nie wzbudziło by to takiego wielkiego zainteresowania, jak dotychczas. Zaintrygowana podeszłam do tablicy i przecisnęłam się przez grupkę, a następnie przeczytałam na głos treść nowej informacji, zamieszczonej na dużej kartce:

"Drodzy Uczniowie!
Mamy zaszczyt poinformować Was, że pierwszego dnia po świętach Bożego Narodzenia odbędzie się w Wielkiej Sali bal z okazji 101. urodzin Pana Profesora Dumbledora! Bal rozpocznie się o godzinie 17.00 i skończy równo o północy. Obowiązuje strój wyjściowy.

Pozdrawiam,
Zastępca Dyrektora, Minerwa McGonagall"

- Ale czad! - krzyknął jeden z Gryfonów, którym prawdopodobnie był Neville. Huh, u mnie raczej było daleko do szczęścia, a powodem tego było to, że nienawidziłam takich o to balów, czy imprez po pewnej przykrej sytuacji, która przydarzyła mi się w sierocińcu. Nie chce za bardzo zagłębiać się w tym temacie, ale powiem tylko, że dotyczyło to mnie i pewnego chłopaka, który skrycie mi się podobał w tamtych czasach. A po za tym przy takiej okazji dochodzą kolejne zmartwienia - czytaj: problem z wybraniem sukienki, jakiś tam naszyjników i innych cudów albo po pierwsze płacz, że nikt cię nie zaprosi, więc takie imprezy to raczej nie dla mnie. Wolę już zostać w swoim pokoju i uczyć się do jakiejkolwiek lekcji pod pretekstem, abym nie musiała tam iść. Po długim wpatrywaniu się w tablice, ruszyłam na śniadanie, bo przyznam, że potrzebowałam porządnego posiłku, który na pewno mi się należał.
- Hej - przy obrazie Grubej Damy zatrzymała mnie nie jaka Luna Lovegood, z którą już wcześniej miałam do czynienia.
- Heeej, co ty tutaj robisz?
- A pomyślałam sobie, że potrzebujesz towarzystwa tak z rana, więc postanowiłam, że będę tu na ciebie czekała i pójdę razem z tobą na śniadanie. Musi być ci teraz trudno.
- Słucham? - spytałam zbita z tropu.
- No jesteś pokłócona z Hermioną Granger, prawda? - kiwnęłam twierdząco głową, a ona niezrażona kontynuowała dalej - No widzisz. Dlatego chce ci dotrzymać towarzystwa, bo pewnie czujesz się samotna - oznajmiła swoim melodyjnym głosem i złapała mnie za rękę, na znak, żebyśmy ruszyły. Zaskoczyła mnie ona trochę, ale jednak mimowolnie się uśmiechnęłam, bo kto by się nie ucieszył w takiej sytuacji? Dziewczyna zamiast iść od razu na śniadanie, poszła do mnie i powiedziała mi, że dotrzyma mi towarzystwa. Miłe, prawda?
Po drodze możliwe, że rozmawiałyśmy o wszystkich tematach, które nam przychodziły do głowy i gdy weszłyśmy do Wielkiej Sali niestety, ale musiałyśmy się rozejść w swoje strony, bo stół Krukonów, byl na końcu sali. Em.. Musze też coś chyba wyznać, ale proszę obiecajcie mi, że nikomu o tym nie powiecie. Przyłapałam się na tym, że odruchowo zerknęłam na stół Ślizgonów i... gdy zauważyłam pewną osobę, która tam siedziała, odczułam tak zwaną ulgę (ciężko mi się do tego przyznać, ale naprawdę tak było), co bardzo mnie zaniepokoiło. Od pewnego czasu mam takie...eee... Dziwne uczucie, które... Nieee, za wcześnie jest, żeby o tym mówić, więc lepiej wróćmy to tamtego dnia.
Gdy tylko poczułam zapach smażonych naleśników, dosłownie podbiegłam do stołu Gryfonów i na pewno ktoś kto mógł mnie w tamtej chwili obserwować, uznałby, że jestem dziwna, ale ja nic nie poradzę, że tak uwielbiam ten posiłek. Przywitałam się grzecznie z Harrym, nie zaszczycajac go ani jednym spojrzeniem i jak głodny wilk rzuciłam się na te naleśniki jakbym nie jadała nic od paru dni. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że moje życie nie długo przewróci się o sto osiemdziesiąt stopni tak, że jeszcze będę żałować, że jestem w świecie czarodziejów i będę  tęsknić za takimi własnie porankami, gdzie spokojnie mogę zjeść śniadanie, nie martwiąc się niczym.





Naszła mnie tak duża wena, że po prostu musiałam napisać ten rozdział, a z racji tego, że jestem chora to mam dużo czasu, więc przez ten weekend po piszę trochę, bo pewnie jak pójdę do szkoły to znowu nie będzie mnie przynajmniej dwa tygodnie. Końcówka tego rozdziału nie jest za specjalnie dobra, ale musicie cieszyć się niestety tym co macie (nie żeby zabrzmiało to jakoś tak egoistycznie), ale i tak mam nadzieję, że się wam spodoba. 
Bla, bla, bla zauważyliście, ze pod każdym rozdziałem/wpisem cały czas jest ta sama gadka? Muszę coś w niej zmienić, bo powoli wam się pewnie znudzi takie w kółko pisanie, że coś tam, coś tam (mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi). Miłego czytania i pamiętaj! CZYTASZ, KOMENTUJESZ, bo dodaje mi to niesamowitej motywacji, że jednak ktoś czyta mojego bloga :)


czwartek, 27 sierpnia 2015

Rozdział XII "Nieodwzajemniona miłość to najlepszy przyjaciel samotności"

Dedykowany Alicji Wieczorkiewicz


   To co czułam, gdy na niego spojrzałam było - moim zdaniem - całkiem normalne, zważając na sytuację, która miała miejsce poprzedniego dnia. Złość i nienawiść pojawiała się z każdą sekundą jeszcze bardziej i najnormalniej w świecie chciałam mu po prostu przyłożyć za to co zrobił Hermionie. Ja go nie rozumiem, chociaż... właściwie to kto rozumie chłopaków? Zachowują się oni czasem jak dziewczyny, które mają okres - pomyślałam i odgarnęłam włosy z twarzy, nadal patrząc na Mafloya - Co on w ogóle sobie myśli?! Mówi mi, że mu się podobam, a następnego dnia oznajmia, że to jednak nie prawda. Co z nim jest nie tak? - rzuciłam mu wściekłe spojrzenie i zaczęłam jeść śniadanie, abym nie musiała już więcej myśleć o tym kretynie.


***

   Gdy zobaczyłem ją z rana, to po prostu nie mogłem oderwać od niej wzroku. Jej długie, blond włosy lśniły jeszcze bardziej, niż w poprzednich dniach, a oczy... Oczy, które badały wszystkich dookoła, gdy wchodziła do Wielkiej Sali... Te jej ciekawe spojrzenie i błysk w oku, gdy patrzy na świat, które jest nawet słodkie i... Malfoy, o czym ty myślisz?! - skarciłem się w myślach - To jest dziewczyna, którą chce dostać Czarny Pan, a ja albo Pansy mamy mu w tym trochę pomóc! Opanuj się! - pomyślałem, ale nadal nie odrywałem od niej wzroku, bo podeszła do niej Pomyluna i zaczęła coś gadać. Obserwowałem je z wyraźnym zaciekawieniem, gdy nagle Lovegood wskazała ręką na nasz stół i odeszłą, zostawiając zaskoczoną Stewney samą. Siedziała w bezruchu jakąś minutę i po chwili przeleciała wzrokiem po naszym stole, jakby  miała zamiar kogoś odszukać. Przestała dopiero wtedy, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały i już wiedziałem, że to własnie o mnie była mowa przy stole Gryfonów.

***

   - Hejka - powiedziałam, gdy Hermiona siadła koło mnie bez słowa.
- Hej - mruknęła i wzięła się za jedzenie, całkowicie mnie ignorując. Zdziwiłam się.
- Ej! Nie martw się! Wszystko będzie dobrze - chciałam ją w jakikolwiek sposób pocieszyć, bo wiedziałam, że jest jej teraz ciężko - Wszystko się uł... - zamilkłam, kiedy zobaczyłam jaki jest jej wyraz twarzy. Jej oczy nagle spochmurniały, a wargi zaczęły lekko drżeć, jakby miała zaraz się rozpłakać.
- Alba, nie masz mi przypadkiem coś do powiedzenia?
- Ja?... Yyyy... oczywiście, że nie... - kolejne kłamstwo, BRAWO ALBA - A co się stało?
- Nie nic. tak tylko pytam. Wiesz co? Chyba straciłam apetyt. Pójdę do dormitorium, sprawdzić czy odrobiłam wszystkie prace domowe na dzisiaj - powiedziała i wstała od stołu, a następnie ruszyła szybkim krokiem, zostawiając mnie samą z mieszanymi uczuciami. Nie wiedziałam wtedy, że moja przyjaciółka dowiedziała się o jednej ważnej sytuacji, która mocno ją zraniła, a dotyczyła ona mnie i pewnego Ślizgona o pięknych blond włosach, który obserwował całą tą sytuację z drugiego końca sali, a w jego oczach pojawił się błysk ciekawości.

    Od zdarzenia z rana minęło już parę godzin, a Hermiona nie odezwała się do mnie ani jednym słowem. Huh, jedynie zaszczyciła mnie tylko spojrzeniem, gdy zarobiłam od Snape'a minus dziesięć punktów dla Gryffindoru, bo JEGO ZDANIEM nie zachowywałam się odpowiednio na lekcji, chociaż siedziałam cicho w kącie i prawie w ogóle się nie odzywałam. A dlaczego? Byłam strasznie przygaszona tym, że moja przyjaciółka tak się zachowywała w stosunku do mnie. Wiecie, że nawet siadła obok Rona na eliksirach, a nie obok mnie. Wyobraźcie sobie jak mogłam wtedy się czuć, nie wiedząc z jakiej przyczyny ona się tak zachowuje. Miło, nieprawdaż? (sarkastyczny uśmiech) Powiem teraz szczerze, że nigdy nie miałam takiej prawdziwej przyjaciółki i dlatego pewnie stąd ta niewiedza u mnie o tych wszystkich kłótniach pomiędzy dwoma osobami, które łączy przyjaźń, więc nic nie mówiłam, bo bałam się, że przeze mnie sytuacja jeszcze się pogorszy. Czyli jednym słowem byłam w czarnej kropce. 
Drugą przyczyną niczego nie robienia w tej sytuacji był strach, który pojawiał się gdy chciałam do niej podejść. Do teraz się dziwię dlaczego tak było, ale gdy chciałam z nią porozmawiać to moje ręce zaczęły się przeraźliwie pocić, a sam mój głos dziwnie piszczeć, jakbym szła do pierwszej komunii świętej. Nawet nie wiedziałam wtedy czy śmiać się czy płakać, więc w końcu postanowiłam, że na razie zapomnę o Hermionie i skupię się raczej na tych dziwnych głosach, które mnie ostatnio nawiedzają. Nie mogę zostawić tego bez niewyjaśnienia, więc idę do Dumbledora.
Szłam korytarzem, nie zwracając najmniejszej uwagi na Ślizgonów i ciche śmiechy Pansy, która chyba do końca życia miała mi zamiar dokuczać. Prychnęłam głośno, tak, żeby wszyscy usłyszeli, że mam to w nosie i pomaszerowałam dalej z podniesioną do góry głową, uśmiechając się pod nosem, że nie przejmuję się krytyką innych, tylko mam to głęboko gdzieś.
Gdy doszłam do skrętu korytarzy, który jeden nich prowadził na wprost do posąg Gargulca, usłyszałam podniesione głosy Profesora Dumbledora i Snape'a, którzy dyskutowali tak głośno, że nawet z końca korytarza byłoby ich słychać.
- Dumbledore, mówiłem, jakie mam przypuszczenia co do Panny Parkinson - powiedział spokojnie Snape i poruszył się nerwowo.
- Wiem, Severusie i w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach zgadzam się z Tobą. Musimy pilnować ją dokładnie, bo może stworzyć jeszcze większe niebezpieczeństwo, niż dotychczas, a wiesz jak ludzie działają pod Imperiusem, zwłaszcza wtedy kiedy kontroluje tą osobę smierciożerca. Oczywiście, nie możemy być w pełni przekonani, że to Voldemort, ale trzeba na pewno trzymać ją z dala od Alby, bo to prawdopodobnie ona jest jej celem.
- Tak, ale jak ja mam w tym pomóc? - spytał niecierpliwie Snape.
- Musisz pilnować Pannę Parkinson i jak zauważysz, że jest w pobliży Alby i chce ją skrzywdzić, to masz wkroczyć do akcji. Rozumiesz? - mężczyzna o czarnym włosach przytaknął, a ja już miałam wrócić do głównych korytarzy, gdy nagle na ścianie zobaczyłam ogromnego pająka, a ja panicznie boję się tych ohydnych stworzeń, więc co oczywiście zrobiłam? Zaczęłam panicznie wymachiwać rękami i z moich ust wydobył się głośny pisk, który po chwili przerodził się w przeraźliwe krzyki, więc całkowicie straciłam nad sobą panowanie i wybiegłam ze swojej kryjówki, stając twarzą w twarz, z dwoma Profesorami. Zamarłam i poczułam jak na moje policzki wpadają fale rumieńców.
- O, dzień dobry Albo - zaczął wesoło Dumbledore, nie zrażony całą tą sytuacją - Jak miewa ci dzisiejszy dzień?
- Eeee... bardzo dobrze, Panie Profesorze. Bo ja... chciałam coś panu powiedzieć i...
- Dobrze, dobrze. My już właściwie z Severusem skończyliśmy rozmowę, więc teraz możesz podzielić się ze mną informacjami - uśmiechnął się do mnie i pokazał gestem, abym podeszła do niego. Snape spojrzał na mnie z wielką niechęcią i odszedł wymachując swoją długą, czarną peleryną - Tak więc, o czym chciałaś ze mną porozmawiać?
- No bo... Panie Profesorze, ja ostatnio mam dziwne sytuacje, które zdarzają się dość często i... pomyślałam, że powinnam Panu to powiedzieć. Mam dziwne sny i w mojej głowie pojawiają się nagle takie dość dziwne wizje i głosy, po których przyznam, że słabo się czuję.
- A powiedz mi Albo, jak one wyglądają?
- No... zazwyczaj przedstawiają jakiś dwóch mężczyzn, którzy mówią o jakiejś dziewczynie, która ma albo zostać zabita przez dziewczynę albo przyprowadzona przez jakiegoś chłopaka. - zapadło chwilowe milczenie, lecz po sekundzie zastanowienia dodałam - I... Panie Profesorze... w jednym ze snach, widziałam Lucjusza Malfoya...
- Uhum, no dobrze. Dziękuję za te informacje Albo. Na pewno coś z tym zrobię i nie długo będę też chciał się z tobą spotkać, a teraz zmykaj na kolejną lekcję po jesteś już grubo spóźniona! - powiedział spokojnie i po chwili zamilkł, co oznaczyła, że jest już to czas, aby odejść, więc posłusznie ruszyłam w stronę sali, gdzie odbywała się Historia Magii. Lekko zaskoczyło mnie to spokojne podejście Dyrektora do tej sytuacji i przez pół drogi zastanawiałam się, czy tym razem te sny znowu się pojawią. Już miałam wejść po schodach na drugie piętro, gdy ktoś zastąpił mi drogę i nie był to żaden z nauczycieli, tylko chłopak, który uśmiechnął się do mnie szeroko, a ja rzuciłam mu się na szyję, szczęśliwa, że znów jest przy mnie. Obiecałam wtedy sobie, że będę musiała mu wszystko powiedzieć, bo nie zniosłabym już kolejnych kłamstw, skierowanych w stronę mojego najlepszego przyjaciela, który był ze mną od początku.



Budumtsss! I macie tu kolejny rozdział, który jak zwykle dodawany jest o tak późnej godzinie, ale na to już nie zwracajmy uwagi, więc ciii...! Jak widzicie ten rozdział jest dosyć specjalny, bo pozwoliłam sobie na fragment "Oczami Draco" co mam nadzieję dodało uroku tego posta i te wszystkie fakty z poprzednich rozdziałów, już powoli układają się wam w całą układankę. No i oczywiście jak wiecie nie długo zaczyna się szkoła, co oznacza, że będzie o wiele mniej czasu na pisanie, więc postaram się do końca wakacji napisać jak najwięcej, bo po rozpoczęciu roku rozdziały będą niestety pojawiać się co raz rzadziej (czyli np. co weekend albo co piątek etc.), a do tego będę teraz na dość ciężkim roku w gimnazjum i nie chciałabym się zapuścić się w nauce, więc mam nadzieję, że mnie zrozumiecie :) O! Jest jeszcze jedna sprawa! Na komputerze, na którym piszę nie działa jeden klawisz, więc w opowiadaniu mogą pojawiać się drobne błędy jak np. przy "s" nie będzie kreski etc. A jutro postaram się napisać dwa rozdziały na raz, które obydwa gotowe dodam wieczorem na bloga, ale OCZYWISCIE NIE OBIECUJĘ, WIĘC SIĘ NIE NASTAWIAJCIE! No to chyba tyle z wieczornych informacji i do zobaczenia wkrótce.

P.S wiem, że rozdziały są dosyć krótkie, ale tylko takie udaje mi się pisać i niestety, ale dłuższych raczej nie dostaniecie :) Wybaczycie mi to, dobrze?
PS2 przypominam, że tekst napisany kursywą jest przedstawiony jako myśli bohatera/bohaterki!


Theme by Mia LOG